Meeee musze wam się zwierzyć że totalnie mi odbiło na punkci pewnej bardzo kolorowej osobistości, I za wszelką cenę będę bronić swojego idola. Coraz bardziej czuję że się zakochuje w jego muzyce. Ci co oglądali X factor wiedzą o kim mowa a mianowicie o kolorowym ptaku a raczej kolrowym szapku <3 Tak tak Tak niech żyje Michał Szpak.Maja Sablewska powiedziała że najchętniej spakowala by go w walizkę i wywiozła do ameryki bo polacy nie docenią jego talentu.
Dobra nie jest to mój pierwszy blog więc oszczedze. jest to już bodajże 5… tak piąty i z gury mówie że to blog o związkach męsko męskich więc wszystkich homofobów prosz o kulturalne naciśnięcie czerwonego krzyżyka w prawym górnym rogu. dziękuję. popełniam mnustwo błędów ortograficznych ale prosze nie zwracać na to uwagi. dziękuję i prosze pdać linka znajomu=ym jak się spodoba dziękuje.
Pżeraźliwy dzwięk skrzeczącech ptaków roznosił się po pokju. łody chłopak jeszcze spał samcznie w łużku zeby po chwili zerwać się na równe nogi i z przerażeniem spojżeć na zegarek. Po domu rozległ się wrzask. Taki Z prędkością wiatru wpadł do łazienki i jeszcze szybciej z niej wybiegł. Ubrał mundurek i wybiegł z domu w kierunku szkoły. Przed bramą zobsczył Akiego któru najwyraźniej na kogoś czkał. Podbiegł i się przywitał.
-hejjjjj…-powiedział zdyszany chłopak.
-No ile ma ciebie można czekać- zdenerował się
-Dłuuugo
-Tak chodz już do szkoły nie chcę się spuźnić już pierwszego dnia.
Obydwoje ruwnym tempetm ruszyli do szkoły. Wszszli na sale gimnastyczną gdzie zaczęło sie długie i nudne przemówienie dyrktora. Z resztą jak co roku co wiedzieli już 2 i 3 klasiści. Po długim przemówieniu chłopco zostały przydzielone pokoje i klasy. Wszyscy rozeszli się po szkole w poszukiwaniu swoich pokoji. Taki zawendrował na drugie piętro. Stanoł przed drzwiami z numerem 16. Zapukał lekko.
-Prosze-dało się usłyszeć stłumiony głos zza drzwi. 16 latek niepewnie wszedł do pomieszczenia. Platynowe oczy chłopaka wędrowały po pokju. Pod ścianom stała gitara a na podłodze warlała się pokaźna kolekcja płyt.
-Cześć jestem Taki jestem twojm nowym lokatorem.
-A tak pamiętam słyszałem na apelu a ja jestem Kazumi. Sorry za bałagan ale nia mam czasu posprzątać.
-Spoko
-Tam masz wolne lużko. – powiedział wskazując na pokuj obok.
-dzięki.
Chłopak żwawo wszedł do pokoju. Jego żeczy już na niego czekały. Leżały sobie spokojnie w dużej torbie czekając na swojego właścieciela. Podszedł spokojnie do torby i zaczoł ją rozpakowywać. Kiedy wszystkie żeczy były już na swojm miejescu postanowił że Pujdzie zobaczyć co u Akiego. Kiedy chciał wyjść ktoś z drugiej strony ruwnież pociągnoł za klamkę. Jasnooki stracił ruwnowagę i runoł by na ziemie gdyby nie złapał go chłopak o zielonych włosach i kawowych oczach. Biedaczek poczuł piekoące rumieńce na twarzy. Szybko wyrwał się z ramion swojego wybawiciela(przed upadkiem-odp.aut) i pobiegł do pokoju nr.18. Wpadł do pkoju jak strzała.
-Wiedziałeś go? Tego chłopaka w zielonych włosach z brązowymi oczami.
-Mówisz o Kaorim?
-Znasz go?
-Mieszkam z nim.
-co?!/!?!?!
-Jajco.
-To nie jest śmieszne!
-A czy ja się śmieje.?
-Wrrr.-Zaczoł zbliżać się do niego z wyciągniętymi rękoma.Żucił się na chłopaka obezwładnił i zaczoł go łaskotać. Aki zaczoł się zwiać ze smiechu.
-Prze.. prze.. stań proszę.
-A co będe miał w zamian.
-Randkę z Kaoru.
-Ok… Ale zaraz-powiedział i wrucił do poprzedniaj czynności.
Po chwili w drzwiasz stanoł nie kto inny jak sam piękny zielono włosy. Spojżał się na nich i powiedział….
Przepraszam, że mimo obietnicy, notka pojawia się tak późno.^^ Tak się ucieszyłam moim wynikiem z matury ustnej z angielskiego, że zapomniałam o całym świecie.^^ I nie byłam w stanie pisać… Przynajmniej nie byłam w stanie skończyć tej notki, aż do teraz.^^
seria: Harry Potter
„Oczy koloru Avady”
05
Potter starał się wmieszać w tłum, idąc razem z resztą uczniów do Wielkiej Sali. Miał nadzieję, że dzięki temu zyska chociaż trochę czasu. Że żaden z jego przyjaciół nie zauważy go, przynajmniej do chwili, aż nie znajdzie się w Pokoju Wspólnym. Prawdopodobnie już po rozmowie z Dumbledore’em. A jeśli już zauważy, zrobi to w Wielkiej Sali, gdzie raczej nie powinno się jakoś przesadnie reagować, by nie wzbudzać jakiejkolwiek sensacji. A oni znają go wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie lubi zwracać na siebie uwagi.
Przeliczył się.
Och, nie. Przynajmniej jedno poszło mniej więcej tak jak przewidział – Hermiona zauważyła go w Wielkiej Sali. Z resztą było gorzej.
Jedyne, czego chciał, to spokoju. Chwili dla siebie, z dala od innych. Na pewno nie tego, by jego przyjaciele podbiegli do niego, tuląc i płacząc w ramię – tak jak było w przypadku dziewczyny. Nie tego, by kilkoro nauczycieli, z dyrektorem na czele, opuściło stół nauczycielski, by z nim porozmawiać. Wiedział, że rozmowa go nie ominie, nie chciał jednak robić tego wtedy, gdy wpatruje się w niego cała szkoła.
– Mogłabyś mnie puścić? – spytał zimnym głosem Hermionę tulącą go tak mocno, jakby obawiała się, że za chwilę ponownie zniknie na cały miesiąc, nie dając znaku życia. Albo i jeszcze dłużej. Ta jedynie zaszlochała głośniej i jeszcze bardziej zacieśniła uścisk. Chłopak ledwo powstrzymał się od wzdrygnięcia, czując taką bliskość, a ręka rudzielca klepiąca go po plecach wcale nie pomagała.
– Harry, tak się bałam, że coś ci się stało… – chlipała Gryfonka.
Brunet widząc, że prośby w tej chwili są bezsensowne, sam, delikatnie acz stanowczo, odepchnął od siebie dziewczynę. Właśnie w tym momencie dotarła do nich część grona pedagogicznego w postaci dyrektora, Hagrida i nieznajomego mężczyzny.
– Harry! Cholibka, nawet nie wiesz, jakmyśmy się tutaj o ciebie martwili! – praktycznie wykrzyczał gajowy i już rozłożył ręce i zrobił pierwszy krok w stronę nastolatka, chcąc go przytulić, jednak powstrzymał go stanowczy głos dyrektora.
– Hagridzie – upomniał go mężczyzna głosem, którego tylko głupi by nie posłuchał. Patrzył uważnie na swego ulubieńca, jego oczy za okularami połówkami zmrużyły się lekko. Wyglądał, jakby chwilę nad czymś myślał, po czym w końcu przemówił. – Chłopcze, wybacz, jednak lepiej dmuchać na zimne. Co uleczyło Harry’ego Pottera na koniec drugiej klasy?
Nastolatek nie musiał się wcale zastanawiać od tym, o co chodzi dyrektorowi. Chciał sprawdzić, czy to na pewno on. Nic dziwnego. Pojawił się po ponad miesiącu nieobecności, więc kto by się nie bał? Dumbledore zawsze był ostrożny, chociaż i zbyt ufny.
– Łzy feniksa – odpowiedział cicho, tak, by usłyszały go tylko osoby zainteresowane, a nie ci wszyscy, którzy nadstawiali uszy, chcąc się czegokolwiek dowiedzieć.
– Gdzie przebywałeś połowę wakacji? – dyrektor wydawał się chociaż trochę uspokojony, jednak nie spuszczał z bruneta uważnego spojrzenia. – Czemu nie dałeś znaku życia?
– Potrzebowałem spokoju – Harry odwzajemniał spojrzenie Dumbledore’a. Wszyscy zwrócili uwagę na ten chłodny, bezemocjonalny ton. Taki sam jak jego oczy. – Dursleyowie, jak pan dobrze wie, takowego zapewnić mi nie mogli. Więc wyjechałem.
– A czemu… – zaczął mężczyzna, lecz przerwał mu nastolatek. Wszyscy wydawali się zszokowani, gdyż nie każdy jest w stanie mu przerwać.
– Moglibyśmy porozmawiać o tym po uczcie powitalnej? – ton chłopaka był jeszcze chłodniejszy, niż wtedy, gdy odpowiadał na poprzednie pytanie. – Nie zamierzam rozmawiać o tym z panem na oczach całej szkoły. Poza tym ma pan obowiązki jako dyrektor, prawda?
Nie zwracając uwagi na zszokowane spojrzenia, ponownie zajął swoje miejsce, jak gdyby nigdy nic.
Malfoy nie chciał przed sobą tego przyznać, ale ciekawy był tego, co działo się przy stole Gryffindoru. Złoty Chłopiec – choć już nie taki złoty – zawsze lubił zwracać na siebie uwagę. Teraz dostał to, czego chciał. Oczy wszystkich zebranych w Wielkiej Sali skupione były na nim i na tym małym tłumku wokół niego. Rozmawiali przyciszonymi głosami, chociaż prawdopodobnie ci siedzący najbliżej byli w stanie coś usłyszeć. Plotki rozniosą się po szkole i będzie wiedział, o co chodziło… Albo przynajmniej mniej więcej wiedział, bo informacje będą zmieniać się wraz z każdą kolejną osobą, do której dotrą.
Nagle nastąpiło poruszenie, gdy Wybraniec usiadł na swoim miejscu, jak gdyby nigdy nic. Nawet ten jego fanclub, skupiony wokół Pottera, był w kompletnym szoku. Pierwszy opanował się dyrektor, który skinąwszy na gajowego i drugiego mężczyznę ruszył ponownie do stołu nauczycielskiego.
Dwójka z Wielkiego Trio stała chwilę, niepewna, co zrobić. Reszta gryfonów zlitowała się nad nimi, przesuwając się tak, by mogli zająć miejsce przy swoim przyjacielu. Starali się wciągnąć go w rozmowę, jednak w tym momencie otworzyło się dwoje drzwi – główne, przez które weszła profesor McGonagall prowadząca pierwszaków oraz jedne z tych za stołem nauczycielskim, którymi wszedł profesor Snape. Rozejrzał się po uczniach, podszedł do dyrektora, szepnął mu coś na ucho, po czym zajął swoje miejsce.
Uczta powitalna przebiegała spokojnie. Najpierw przydział nowych uczniów do poszczególnych domów, a następnie wielka kolacja. Uczniowie zajęli się opowiadaniem o swoich wakacjach, nikt starał się nie myśleć o tym, że już następnego dnia zaczynają się lekcje.
Tylko jedna osoba nie podzielała wszechobecnego entuzjazmu, starając się unikać pytań zadawanych przez przyjaciół. Dwójka siedząca po obu stronach Pottera męczyła go przez całą ucztę. Chłopak ignorował ich, upominając dopiero wtedy, gdy Gryfoni podnosili głosy, zirytowani zachowaniem Złotego Chłopca. Nie chciał wzbudzać większego zainteresowania, niż zafundowano mu na samym początku.
– Moglibyście się w końcu przymknąć? – nie wytrzymał, gdy któryś raz z rzędu Hermiona prawie krzyknęła, sugerując, że chłopak został trafiony Imperiusem. – Następnym razem po prostu wyślę list do Proroka, wtedy o wiele łatwiej będzie powiadomić cała szkołę. I nie tylko.
– Przepraszam… – oczy dziewczyny ponownie zaszkliły się. – Nie rozumiesz, że mu po prostu się o ciebie martwimy? – kilka razy wciągnęła i wypuściła powietrze, starając się uspokoić. – Wyjaśnisz nam wszystko, jak pójdziemy do dyrektora, tak?
– Do Dombledore’a idę sam – oznajmił. – Porozmawiamy jak wrócę.
Uznając rozmowę za skończoną, wrócił do grzebania widelcem w talerzu, pogrążając się we własnych myślach. Wesley i Granger widząc, że w tej chwili na nic więcej nie mogą liczyć, dali sobie spokój. Pomimo zmartwienia zaczęli opowiadać o swoich wakacjach z nadzieją, że może to pozwoli chłopakowi się rozchmurzyć. Starali się zachowywać tak, jak zwykle.
W końcu, gdy wszyscy zakończyli posiłki i w Wielkiej Sali słychać było tylko szum rozmów, Dumbledore wstał ze swojego miejsca. W tej samej chwili znikło wszystko, co leżało na stołach, gwar ucichł, a oczy uczniów skierowały się w stronę dyrektora.
Starzec odchrząknął, po czym przemówił.
– Witam was, moi drodzy, w nowym roku szkolnym – uśmiechnął się lekko, rozglądając się po sali. – Cieszę się, że widzę tutaj was wszystkich, całych i zdrowych. Jak wiecie ostatnio wiele się działo. Voldemort w końcu się ujawnił – umilkł na chwilę, pozwalając przebrzmieć cichemu szumowi oraz kilku okrzykom przerażenia – i działa aktywnie na terenie Brytanii. Niektórzy z was zostali w domach, z rodzinami. Wy jednak się tutaj pojawiliście pełni nadziei, chęci do pracy i do nauki. Mogę was zapewnić, że tutaj jesteście bezpieczni. Hogwart jest w tej chwili prawdopodobnie najbezpieczniejszym miejscem. Obiecuję, że nikt ani nic nie przeszkodzi we wbijaniu wiedzy w wasze chętne głowy.
Chciałbym przedstawić nowego nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią, pana Alexandra Smitha. – mężczyzna, który wcześniej razem z Albusem i Rubeusem poszedł do Harry’ego teraz wstał i ukłonił się. Rozległy się głośne oklaski, na które odpowiedział szerokim uśmiechem, po czym ponownie zajął swoje miejsce. – Lista zabronionych przedmiotów powiększyła się o produkty ze sklepu państwa Wesleyów. Przypominam również, że wejście do Zakazanego Lasu jest zabronione. Wszelkie ustawy panny Dolores Jane Umbridge zostały anulowane. I myślę, że to już chyba wszystko, tak więc nie będę wam więcej zawracał głów. Idźcie do swoich dormitoriów i wyśpijcie się, bo od jutra zaczynają się zajęcia! Dobranoc!
Uczniowie jak na zawołanie wstali ze swoich miejsc i ruszyli w stronę drzwi.
– Harry, będziemy czekać na ciebie w Pokoju Wspólnym, dobrze? – powiedziała Hermiona z nadzieją w głosie. Jakby myślała, że chłopak nie miał tam wcale się pojawić, a ponownie zniknąć na czas nieokreślony.
Nastolatek nic nie odpowiedział. Nie zamierzał się pchać, więc pozwolił wszystkim się wyprzedzić, wychodząc dopiero, gdy tłum się przerzedził.
Wolał uniknąć rozmowy z dyrektorem, jednak wiedział, że nie było to możliwe. Jeśli teraz by się tam nie zjawił, nie zdziwiłby się wcale, gdyby za chwilę otoczyła go połowa Zakonu Feniksa, oskarżając o zdradę i zmianę stron. Nie chciał jednak rozmawiać z Dumbledore’em, wiedząc, że starcowi nie wystarczy to, co powiedział Malfoyom i Snape’owi. A nie miał zamiaru mówić więcej.
Możliwe, że mężczyzna dojdzie do własnych wniosków, poprawnych czy też błędnych. Może też od razu oskarżyć go o zmianę stron, bądź zabronić mu kontaktu z Voldemortem.
Mógł też przekazać rozmowę, którą zaraz mieli odbyć, innym osobom.
Na korytarzu nie było żywej duszy, wszyscy uczniowie byli bowiem w Pokojach Wspólnych. Harry nie natknął się więc na nikogo. Nie chciał tłumaczyć, dlaczego już pierwszego dnia został wezwany do gabinetu dyrektora.
Gdy stanął przed kamiennym gargulcem, przypomniał sobie, że nie zna hasła. Posąg jednak odsunął się, ukazując mu przejście, jak tylko nastolatek się do niego zbliżył. Najwyraźniej dyrektor już na niego czekał.
Gdy dotarł na górę, nie kłopotał się pukaniem. Od razu chwycił za klamkę, popychając drzwi i wszedł do gabinetu. Oczy wszystkich zebranych skierowały się w jego stronę. Oprócz Dumbledore’a siedzącego teraz za biurkiem była tam McGonagall, Snape i Smith, nowy nauczyciel OPCM.
Nastolatek zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie. Przypatrywał się uważnie każdemu z obecnych, jednak tylko nauczycielka transmutacji wzdrygnęła się pod wpływem jego zimnego spojrzenia. Smith o dziwo cały czas się uśmiechał, jakby cała sytuacja wyjątkowo go bawiła. Dyrektor i Snape również z uwagą przyglądali się Gryfonowi.
Przez dłuższą chwilę panowała cisza, każdy miał nadzieję, że odezwie się ktoś inny. Sam Potter nie miał zamiaru rozpoczynać rozmowy. Jedyne co mógł, to odpowiadać na wybrane przez siebie pytania. I na pewno nie przy tylu osobach.
– Harry – Dumbledore odezwał się po kilku minutach, gdy cisza stała się już nie do wytrzymania. – Mógłbyś powiedzieć nam, gdzie byłeś w czasie wakacji?
Chłopak nie odpowiedział od razu. Ponownie rozejrzał się po zebranych, ostatecznie wzrok kierując na starca. Ten nie dał po sobie poznać, że te oczy nie należą do tej samej osoby, która tyle razy była już w jego gabinecie.
– Nie zamierzam odpowiadać na żadne z pytań przy innych osobach – powiedział w końcu. Mimo iż jego głos był cichy, każdy z obecnych wyraźnie go słyszał. Opiekunka domu nastolatka ponownie wzdrygnęła się, słysząc w tym głosie ten sam chłód, który wcześniej widziała w jego oczach.
– Rozumiem – dyrektor nie wydawał się zdziwiony tą prośbą. – Severusie, Minerwo, Alexandrze, porozmawiam więc z wami trochę później – zwrócił się do swoich pracowników. Ci wydawali się niepewni czy mogą opuścić gabinet. Wahali się chwilę, jednak widząc ponaglający wzrok swojego pracodawcy, ruszyli w stronę drzwi.
Nastolatek odsunął się, pozwalając im przejść. Nie zwracał uwagi na spojrzenia rzucane przez trójkę nauczycieli, wzrok cały czas skupiając na dyrektorze. Słysząc odgłos zamykanych drzwi, zajął poprzednie miejsce, opierając się wygodnie. Czekał na słowa mężczyzny i nie musiał czekać długo.
– Harry, powiesz w końcu, gdzie byłeś w ciągu ostatniego miesiąca? – Albus wydawał się nie być zirytowany mimo tego, że pytanie to zadawał już trzeci raz tego wieczoru. Jeszcze nigdy nikt tak nie zachowywał się w stosunku do niego i na pewno nie spodziewał się, że pierwszą osobą będzie jego ukochany Złoty Chłopiec.
– Byłem u Voldemorta – oznajmił. Jego głos wydawał się wyprany z wszelkich emocji.
Nastolatek prawdopodobnie pierwszy raz w życiu był w stanie zobaczyć szok w oczach dyrektora. Była to zaledwie chwila, przebłysk, jednak nie zmienia to faktu, że mężczyzna nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Nie spodziewał się tego, że było to prawdą lub tego, że Harry powiedział to w taki sposób. Albo obydwu tych rzeczy.
Ponownie zapanowało milczenie. Wybraniec czekał na ruch swojego mentora. Dojście do siebie zabrało mężczyźnie dłuższą chwilę. W końcu ponownie odezwał się spokojnym, wymuszenie uprzejmym głosem.
– Zmieniłeś strony?
– Mam na ramieniu Mroczny Znak, lecz nadal chcę go zabić. Chcę go zabić, lecz wypełniam jego polecenia. Ciągle jestem po tej samej stronie, przynajmniej według mnie.
Dumbledore ponownie zamyślił się nad odpowiedzią chłopaka.
– Wie o tym?
– Wie. Jednak ciągle wierzy, że zmienię zdanie i w pełni dołączę do niego.
– Czemu przyjąłeś Mroczny Znak?
– To było w naszej umowie.
– Umowie? – mężczyzna wydawał się zaskoczony. Widać było wyraźnie, że nie takich rzeczy spodziewał się, wyobrażając sobie przebieg rozmowy.
– Zawarliśmy umowę – oznajmił chłopak. – Nie chcę o niej mówić. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. Na razie wystarczy to, że zgodnie z nią zostałem Śmierciożercą, przyjąłem Mroczny Znak i wykonuję jego polecenia. Zgodnie z nią poznałem, dowiedziałem się i nauczyłem rzeczy, których nie poznam w tej szkole.
– To znaczy?
– Mówiłem, że nie będę o tym mówił – w głosie chłopaka ponownie wyczuwalny był chłód. Zabrzmiała też iskierka zirytowania. Był na tyle silny, że nawet sam Dumbledore postanowił odpuścić. Przynajmniej na razie.
– Jak to się stało?
– Spotkałem się z Voldemortem. Okoliczności zachowam dla siebie.
– Co on ci zrobił? – tutaj mężczyzna brzmiał na szczerze zmartwionego. Tak jak wcześniej poznał, że te oczy nie należą do tego chłopaka, którego znał, tak teraz wiedział, że przed nim stoi zupełnie inna osoba. Zmienił się nie tylko z wyglądu. Wnętrze też było inne. Nie takie, jakie powinni mieć inni szesnastolatkowie.
– Nic, z czym nie można byłoby dalej żyć – powtórzył słowa, którymi odpowiedział na takie samo pytanie młodego Malfoya.
– A co ty robiłeś? – czuł, że pewien wpływ na zachowanie młodzieńca miało to, co on sam zrobił. Nie był tego pewien, lecz wolał spróbować. A słowa chłopaka utwierdziły go w tym przekonaniu.
– Nic, o czym pan chciałby słyszeć. I nic, co pasowałoby do wizerunku Chłopca, Który Przeżył, Wybrańca, czy jak tam jeszcze nazywają mnie gazety.
Mężczyzna spuścił wzrok, chcąc ukryć swoje przygnębienie. Zależało mu na Harrym, życzył mu jak najlepiej. Na pewno nie tego, co chłopak najprawdopodobniej przeszedł. Czuł się winny. Gdyby tylko lepiej go chronił, bądź nie wysłał go do Dursleyów po śmierci Syriusza…
Chwilę zajęło mu ponowne uspokojenie się.
– Czemu pozwolił ci wrócić, skoro wie, że nie jesteś po jego stronie? – spytał, podnosząc wzrok.
– Kwestia umowy. Zresztą wie również, że nie przylecę wygadywać wszystkiego, co działo się tam przez ostatni miesiąc. Wie, że prawie wszystko zachowam dla siebie. Poza tym zostałem Śmierciożercą. Będę pojawiał się na jego spotkaniach czy wypełniał jego polecenia. Tak, jak robi to Snape. I będzie robić to Malfoy.
– Czemu miałbym pozwolić tobie stawiać się u niego? Poza tym może to być dla ciebie niebezpieczne.
– Tym nie musi się pan martwić. Może mnie skrzywdzić, jednak nie może zabić. Zawsze będę mógł wrócić, chyba że zostanę złapany przez Aurorów. Na to jednak nie liczyłbym.
– A czemu miałbym pozwolić ci tam iść? – ponowił pytanie, przypatrując się uważnie chłopakowi.
– Wie pan, że to jedyne słuszne wyjście. Tak jak pozwala pan robić to Snape’owi. I będzie pozwalał robić Malfoyowi, by utrzymywać pozory jego wiernej służby dla Czarnego Pana. Ja pozorów utrzymywać nie muszę. Będzie jednak wiedział, że jeśli nie stawię się u niego, to nie z własnej woli. Może pan wierzyć, że ja łatwo nie odpuszczę. A Voldemort również.
– A skąd wiesz o Malfoyu? – Dumbledore zadał to pytanie głównie po to, by się upewnić. Odpowiedź już miał w swojej głowie.
– Ostatniej nocy obaj dołączyliśmy do szeregów Śmierciożerców.
Mężczyzna uśmiechnął się smutno. Naprawdę chciał jakoś temu wszystkiemu zaradzić, sprawić, by to wszystko nie miało miejsca. Chciał, by jego Złoty Chłopiec śmiał się teraz z przyjaciółmi w Pokoju Wspólnym, nie mogąc doczekać się pierwszych zajęć. Nie chciał patrzyć w te zimne oczy zupełnie obcego człowieka.
Tym jednak razem pytanie zadał Harry.
– Czemu nie wiedział pan, że pojawię się w czasie dzisiejszej uczty, skoro Snape o tym dobrze wiedział? I czemu on sam się spóźnił?
– Profesor Snape o tym wiedział? – Dumbledore wydawał się szczerze zdziwiony. Szybko jednak się opanował. – Przekazano mi tylko wiadomość, że się spóźni. Dzisiaj został wezwany ponownie przed oblicze Voldemorta.
Nastolatek wydawał się niewzruszony odpowiedzią, jednak zaczął zastanawiać się, o co mogło chodzić. Czy Voldemort w jakiś sposób zamierzał naruszyć warunki kontraktu? Znalazł sposób, by jakoś je ominąć? Nie wierzył w to jednak, gdyż warunki były korzystne dla obu stron. Przynajmniej w tej chwili, a w najbliższym czasie to się na pewno nie zmieni.
– Chciałbym, żeby ta rozmowa pozostała wyłącznie między nami – odezwał się po chwili. – Oficjalną wersją mojego zniknięcia była ucieczka od Dursleyów. Nie wytrzymałem zarówno ich traktowania, jak i wyrzutów sumienia po śmierci Syriusza – dyrektor wpatrywał się w niego słuchając uważnie. – przebywałem w mugolskim Londynie, czasami na Nokturnie. Tam spotkałem Malfoyów. Zabrali mnie do siebie w dzień przed powrotem do Hogwartu. Jeśli pan może, proszę przekazywać tę wersję innym. Profesor Snape zna prawdę, nie musi się pan nim martwić.
– Dobrze… – mężczyzna odpowiedział cicho. Wiedział, że nie mógł wyjawić członkom Zakonu prawdy, gdyż chłopak straciłby zaufanie wszystkich gdyby dowiedziano się o jego nowych powiązaniach z Voldemortem.
Patrzył, jak chłopak odwraca się i sięga do klamki drzwi. Najwyraźniej nie miał zamiaru już nic mówić. Mężczyzna jednak postanowił zadać ostatnie tego wieczora pytanie.
– Co zamierzasz w sprawie zgładzenia Voldemorta?
Tym razem to chłopak potrzebował chwili ciszy. Zamknął oczy, zastanawiając się nad odpowiedzią. Nie chciał zbyt wiele ujawniać, ale wiedział, że to pytanie jest ważne. Sam Dumbledore musiał przecież już od dawna układać swój plan, razem z resztą członków Zakonu. Wszystko, co oni robili, było w celu zniszczenia Czarnego Pana. Nie wiadomo jednak, czy ich zamiary będą ze sobą współgrać. A jeśli nie, to czy nie staną po przeciwnych stronach.
Otworzył oczy, po czym w końcu odpowiedział.
– W tej chwili będę wypełniał jego rozkazy. Przy okazji będę się uczyć. Czy to od niego, czy to w Hogwarcie. Będę musiał znaleźć sposób na zniszczenie części siebie. Stanę naprzeciw niego dopiero, gdy będę gotowy. Do tego czasu, jestem mu wierny.
Ostatnie słowa zaszokowały mężczyznę. Rozszerzonymi ze zdumienia oczami patrzył, jak chłopak otwiera drzwi i wychodzi przez nie. Prawie nie zauważył, jak Harry stanął w miejscu i powiedział jeszcze: „Niech pan karze profesorowi Snape’owi dać Malfoyowi eliksir przeciwbólowy”. Jak przez mgłę widział, jak Potter znika z pola widzenia za zamkniętymi drzwiami.
Pół godziny siedział w miejscu, nie ruszając się nawet o cal, wpatrując się w drewniane drzwi. Po tym czasie zamknął oczy i schował twarz w dłoniach. Wiedział, że musi się pozbierać, zanim wezwie do siebie z powrotem resztę nauczycieli. Nie było to jednak takie proste.
To, co usłyszał od chłopca, przebijało jego najgorsze koszmary.
McGonagall, Smith i Snape wiedzieli, że coś jest nie tak, gdy zostali wezwani do gabinetu Dumbledore’a. Rozmowa z chłopakiem zajęła mu bardzo dużo czasu. Do tego opowiadał o ucieczce Harry’ego z domu niepodobnym do niego głosem. Jakby na siłę starał się nadać mu naturalne brzmienie.
Nie do końca wierzyli w jego zapewnienia, że teraz wszystko już będzie dobrze, a na dziwne zachowanie Złotego Chłopca nie powinni zwracać uwagi, gdyż to wszystko spowodowane jest jedynie kilkoma nieprzyjemnymi sytuacjami mającymi miejsce w wakacje, oraz, oczywiście, śmiercią jego ojca chrzestnego. Mężczyzna mówił, że to kompletnie złamało chłopaka i postanowił się odsunąć od ludzi, nie chcąc już nikogo narażać.
Lekkim głosem poprosił McGonagall i Smitha o przekazanie tych informacji członkom Zakonu. Nie był jednak w stanie dokładnie zamaskować smutku w swoich oczach, który zauważył Snape. Mężczyzna odezwał się dopiero, gdy pozostała dwójka opuściła gabinet.
– Co panu powiedział? – spytał Mistrz Eliksirów, przyglądając się uważnie swemu pracodawcy. Po jego wyglądzie wiedział, że chłopak musiał coś powiedzieć, gdyż mało rzeczy może mieć taki wpływ na Dumbledore’a.
– Wolałbym, żebyś najpierw ty mi opowiedział wszystko, bym nie powiedział ci tego, co ty już wiesz. Chciałbym też dowiedzieć się o przebiegu inicjacji.
Mistrz Eliksirów spełnił prośbę starca, starając się nie omijać żadnych szczegółów. Dokładnie opisywał wczorajszy wieczór, noc, czy ranek u Malfoyów. Z każdą kolejną informacją Dumbledore wydawał się coraz bardziej przygnębiony.
Powiedział też, co chciał od niego Voldemort dzisiejszego dnia. Jak wypytywał się, w jaki sposób zajęli się chłopakiem, co im dzieciak mówił, oraz upewniał się, że Harry pojechał do Hogwartu. Jak kazał Snape’owi pomagać znienawidzonemu dzieciakowi w szkole i uważać na niego.
Dumbledore potrzebował chwili, by przetrawić usłyszane informacje. Ponownie, nie tego się spodziewał. Z opowieści Severusa wiedział, że na inicjacji trzeba zabić. Nie sądził jednak, że Harry zrobi to… tak. Oraz że uratuje Voldemorta przed Avadą lecącą w jego stronę.
Nie zamierzał zdradzać nikomu prawdziwego powodu nieobecności Pottera. Sam jednak, pomimo swojej ufności, z której tak wielu się śmiało, nie był pewien, czy Potter rzeczywiście jest po ich stronie. W tej chwili jednak nie zamierzał robić nic poza uważnym przyglądaniem się sytuacji.
Stan chłopaka po powrocie, w rezydencji Malfoyów, również go zmartwił. Zastanawiał się, jak nastolatek sobie poradzi. Czy już jest z nim w porządku, czy może potrzebuje fachowej opieki medycznej? Gdyby nie zachowanie Harry’ego niezwłocznie wysłałby go do Skrzydła Szpitalnego. Teraz jednak miał co do tego wątpliwości.
Sam nie dowiedział się też więcej niż Severus, nie był więc w stanie uraczyć go nowymi informacjami. Wyjątkiem była ostatnia wypowiedź chłopaka.
Oboje pogrążyli się w myślach zastanawiając się nad znaczeniem ostatnich słów nastolatkach. Co miał na myśli przez zniszczenie siebie? Czy naprawdę był wierny Voldemortowi? Jak to możliwe, że jest mu wierny, a jednak pozostał po jasnej stronie? Jego ostatnie zachowania nie wskazują na to, że jego celem ciągle jest zniszczenie Voldemorta. Mówił więc prawdę? Stał się szpiegiem? Sam zaczął gubić się w tym, co mówił?
Głowy obu mężczyzn pełne były pytań. Albus postanowił odprawić podwładnego, by zastanowić się nad wszystkim w samotności.
– Harry wspomniał też, być dał panu Malfoyowi eliksir przeciwbólowy. Od czego?
Mistrz Eliksirów zerwał się z miejsca. Zupełnie zapomniał o skutku ubocznym otrzymania Mrocznego Znaku.
– Mroczny Znak zaczyna boleć dokładnie dobę po zostaniu naznaczonym aż do chwili następnego spotkania, tydzień później. Przez te wszystkie wydarzenia zapomniałem, że przygotowałem fiolkę dla Draco. Jeśli nie masz nic przeciwko, pójdę i każę mu to wypić.
Dyrektor jedynie skinął głową. W milczeniu patrzył, jak Snape opuszcza gabinet. Siedział chwilę w opustoszałym pomieszczeniu, spoglądając na śpiące portrety wiszące na ścianach, po czym wstał z fotela i skierował się do swojej sypialni. Nie liczył na to, że prześpi tę noc, miał jednak nadzieję, że przynajmniej zdoła uporządkować w głowie wszystkie informacje.
Nowy rozdział początkowo miałam umieścić 23 maja, świętując zakończenie matur. Zdecydowałam się jednak zrobić to dzisiaj, umieszczając nowe opowiadanie.W sumie następne, jakie zamierzałam tutaj umieścić miało być nie-potterowskie, ale kurde… Tak mnie ostatnio to wciągnęło!^^ Prawie bez przerwy czytam drarry bądź snarry, poszukując coraz to kolejnych…^^
Nie byłam pewna, czy publikować „I ślubuję ci…”. A przynajmniej czy zrobić to teraz. Szczególnie po tym, jak zamiast pisania prezentacji ustnej z polskiego naszła mnie wena na pisanie tego, aż skończyło się na że napisałam pięć czy sześć stron i… Nie zapisałam. Mimo to mam dużo pomysłów na to opowiadanie i coś czuje, że w najbliższym czasie skupię się w dużej mierze na nim. Dlatego to właśnie je postanowiłam tu umieścić. Poza nim mam rozpoczęte pisanie jeszcze trzech potterowskich opowiadań yaoi, jednego z serii Prince of Tennis, oraz czterech wymyślonych w stu procentach przeze mnie. Następnym opowiadaniem będzie właśnie to umieszczone przeze mnie.
Od początku postanowiłam, że nie będę umieszczać tu tylko jednego opowiadania, ale kilka, by dać na wytchnienie nie tylko sobie, ale i Wam. Jeśli jednak któreś z nich będziecie woleli nad inne dajcie znać w komentarzu, będę brać je pod uwagę gdy będę się zastanawiać, które z nich teraz umieścić.
Jeśli mowa o komentarzach, bardzo za nie dziękuję. Przepraszam, że jeszcze nie odpowiadałam na nie, obiecuję jednak, że zajrzę na Wasze blogi teraz, gdy będę mieć więcej czasu. Proszę również, by komentarze nie składały się tylko z reklamy swojego bloga. Jeśli chcecie zareklamować, nie zaszkodzi napisać zdania czy dwóch na temat umieszczonego przeze mnie opowiadania.
Przepraszam za ten trochę przydługi wstęp, chciałam powiedzieć i wyjaśnić kilka rzeczy i wiem, ze czegoś zapomniałam.^^
Następną notkę umieszczę 23 maja, zaraz po otrzymaniu wyników z ustnego angielskiego. I na 75% będą to „Oczy koloru Avady” – na tyle, ponieważ nowy rozdział mam zaczęty, jednak ze względu na matury nie byłam w stanie go skończyć.^^
seria: Harry Potter
„I ślubuję ci…”
01
Harry Potter wierzył, że gorzej już być nie może. Całe jego życie było kompletnie do dupy – oprócz pierwszego roku, którego zresztą nie pamiętał. Najpierw mieszkał u wujostwa, które traktowało go jako tanią siłę roboczą. Nie, to nie jest dobre określenie. Jak niewolnika – o, o wiele lepiej. Mieszkał w schowku pod schodami, bity, głodzony, wykorzystywany. Wychowywany w przekonaniu, że jest niczym, jest dziwadłem, że jest inny. Przynajmniej do czasu swoich jedenastych urodzin, gdy dowiedział się, że jest czarodziejem.
Miał zacząć naukę w szkole magii, wśród innych dzieciaków takich, jak on. Wszystko miało być od tego czasu lepiej. Ale czy na pewno było? Razem z informacjami na temat tego, kim tak naprawdę jest, dowiedział się również, że wśród czarodziejów uważany jest za bohatera, wybawcę. Okazało się, że będąc niemowlęciem pokonał największego czarnoksiężnika, a teraz każdy mag z czcią wypowiada jego imię. Z nikogo stał się kimś. Każdy pewnie ucieszyłby się ze swojej popularności, jednak nie Harry. Wolał być zwykłym człowiekiem, mającym normalną rodzinę. Z największą przyjemnością oddałby swoją sławę.
Potem okazało się, że owy czarnoksiężnik nie zginął. Odrodził się, teraz poluje na Harry’ego chcąc jego śmierci. Celem Voldemorta jest zapanowanie nad światem, a cały ten świat pokłada nadzieję w nastolatku, chcąc, by ponownie wszystkich wybawił. Zrzucili na barki młodego bruneta ciężar, którego prawdopodobnie nikt nie byłby w stanie unieść. On jednak musi z tym żyć. I w końcu stawić czoła swojemu przeznaczeniu.
Przez chwilę wydawało się, że może być lepiej. Dowiedział się, że oprócz Dursleyów, u których mieszkał całe dzieciństwo, ma jeszcze ojca chrzestnego. Oskarżonego za zbrodnię której nie popełnił. Tylko kilka minut trwała nadzieja na to, że oczyszczą go z zarzutów, a nastolatek będzie mógł u niego zamieszkać, uwalniając się od znienawidzonego wujostwa. Wszystko jednak poszło nie tak. A teraz mężczyzna nie żyje.
Całe wakacje po piątej klasie, gdy Dursleyowie nie wymyślali mu czegoś do roboty, Harry Potter spędził głównie w łóżku, pogrążony w myślach i rozpaczy. Czuł się winny za śmierć swojego ojca chrzestnego. W końcu gdyby nie pognał na złamanie karku do Ministerstwa Magii wprost w pułapkę zastawioną przez Voldemorta, on by żył.
Ponad dwa miesiące zajęło mu jako takie pozbieranie się, doprowadzenie się do stanu używalności. Pierwszego września, w pociągu do Hogwartu nawet kilka razy szczerze uśmiechnął się do swoich przyjaciół.
Wszystko ponownie zaczynało iść w dobrym kierunku. Coraz lepsze stosunki panowały między nim a Ginny Weasley – młodszą siostrą swojego najlepszego przyjaciela. Nie było to jak na razie nic poważnego, ale być może niedługo przerodziłoby się to w związek. Chociaż dziewczyna była wyraźnie zakochana w nastolatku, ten, pomimo sympatii do rudowłosej, nie był pewien, czy to, co czuł, można było nazwać miłością. Owszem, kochał ją. Nie był jednak pewny, czy to miłość do siostry, czy „do tej jedynej”. Dlatego po prostu spędzali ze sobą więcej czasu, starając się lepiej poznać, zbliżyć się do siebie. I wszystko szło w jak najlepszym kierunku do tego, by nastolatek poprosił dziewczynę o chodzenie.
Został kapitanem drużyny Quidditcha. Zakaz, który otrzymał na piątym roku, został anulowany. Skompletował drużynę która miała naprawdę dużą szansę na zwycięstwo w tym roku. Wszyscy byli nadzwyczaj zgrani, rozumieli się praktycznie bez słów. Ich trening nie był męczarnią, jak to bywało z poprzednim kapitanem, a zabawą. I stawali się coraz lepsi – choć niektórzy zastanawiali się, czy to w ogóle było możliwe. Podobno na najbliższy mecz miał przyjść łowca talentów, który interesował się Harrym. Być może nastolatek miałby szansę stać się już niedługo, zaraz po zakończeniu szkoły, profesjonalnym graczem. Jeśli chciałby. Miał do wyboru inny zawód, który chciałby wykonywać. Już od dawna myślał o zostaniu Aurorem. I, o dziwo, jego nadzieja się odnowiła, gdy został dopuszczony na zajęcia z zaawansowanych eliksirów. Jakimś cudem dostał z eliksirów W na egzaminie z SUMów. Severus Snape, nauczyciel tego przedmiotu, nie był z tego powodu zadowolony, czego nawet nie starał się ukryć.
Była jeszcze jedna dobra rzecz. Lord Voldemort nie dawał znaku życia od czasu incydentu w Ministerstwie Magii, a cały świat czarodziejski przestał nazywać Harry’ego kłamcą. Chociaż nie był pewny, czy wolał nazywanie go Wybrańcem, czy nękanie przez reporterów i wiadomości z Ministerstwa, w którym urzędnicy starali się jakoś odzyskać jego zaufanie stracone w ciągu ostatniego roku.
Mimo to wszystko szło ku lepszemu. Do czasu.
Harry doskonale pamiętał tę lekcję eliksirów i chyba nigdy jej nie zapomni. Snape od początku roku starał się zniechęcić bruneta do przychodzenia na jego zajęcia. Odbierał punkty jego domowi, dawał szlabany, niszczył „przez przypadek” jego prace, czy też nie zwracał uwagi na to, gdy robili to Ślizgoni. Tego dnia jednak dopiął swego.
Po tym, jak któryś z mieszkańców domu Slytherina wrzucił coś do jego kociołka co spowodowało, że jego zawartość wybuchła, Snape uraczył go długim, wywrzeszczanym kazaniem, nie szczędząc nieprzyjemnych epitetów. Nauczyciel doskonale wiedział co się stało, jednak nie byłby sobą, gdyby nie skorzystał z okazji. Ogłosił, że nie chce takiego ucznia jak Potter na swoich lekcjach i że wyrzuca go z zajęć. Harry nie mógł tego tak zastawić. Jego zarzuty w stronę profesora skończyły się szlabanem i odebraniem Gryffindorowi stu pięćdziesięciu punktów. Szlabanem w dzień największego meczu.
Dzięki temu Snape pozbawił nastolatka marzeń dotyczących zostania Aurorem jak i wielkiej szansy na zostanie zawodowym graczem. Co prawda po skończeniu szkoły nadal mógł starać się dostać do drużyny, jednak poparcie ze strony tego łowcy talentów mogło okazać się wielkim wsparciem. Gryfoni odwrócili się od bruneta, gdyż ten zostawił ich samych przeciwko drużynie Ślizgonów. Mecz przegrali z kretesem. Harry nie mogąc dłużej znieść poczucia winy, nieprzyjemnych komentarzy i obwiniania go przez innych zrzekł się posady kapitana drużyny przekazując ją Ronowi, będącemu teraz obrońcą. Drużyna jednogłośnie orzekła, że ścigającym, zamiast Harry’ego, powinna zostać Ginny.
Nastolatek został wiec wyrzucony ze swojej drużyny. Do tego ta nieprzyjemna sytuacja sprawiła, że pomiędzy nim, a rudowłosą, zaczęło się psuć.
Ale nie. Jak była mowa na początku, może być gorzej.
Harry Potter nie miał nigdy wpływu na swoje życie. Nie miał wpływu na miejsce, w którym musiał dorastać, na swoją pozycję w świecie czarodziejów, na swoją popularność, na swoje przeznaczenie.
Teraz nie miał wpływu również na swoją przyszłość… i swoją przyszłą rodzinę.
Nic nie wskazywało na to, co się stanie, gdy został wezwany do gabinetu dyrektora. Przechodząc przez Pokój Wspólny starał się nie zwracać uwagi na te pełne wyrzutu spojrzenia. Mimo iż od meczu minęły ponad dwa tygodnie, stosunek Gryfonów się nie zmienił. A odebranie tych stu pięćdziesięciu punktów wcale nie działało na jego korzyść. Znaleźli się przecież na ostatnim miejscu w tabeli wyników. Jedynie, nieprzerwanie, byli przy nim Ron i Hermiona. Chociaż bardziej mógł liczyć na tę drugą.
Idąc przez korytarze Hogwartu zastanawiał się, o co chodzi. Voldemort zaczął działać? Wydawało mu się to dziwne, gdyż nie miał ostatnio żadnych niepokojących snów, czy choćby bólu blizny. W Proroku Codziennym nie było nic co mogłoby wskazywać na jakąkolwiek działalność Czarnego Pana lub jego popleczników. Zdziwił się, widząc w gabinecie, oprócz dyrektora, Snape’a. Czyżby przekazywał on swoją wersję tego, co stało się wtedy w klasie? W końcu po szkole chodziło wiele plotek…
Spojrzał zdezorientowany na Dumbledore’a.
– Usiądź, Harry – starszy czarodziej wskazał jedno z dwóch krzeseł po drugiej tronie swojego biurka. Nastolatek domyślił się, że drugie było przeznaczone dla Mistrza Eliksirów, który jednak nie zajął swojego miejsca, stojąc teraz przy drzwiach i wpatrując się w nich beznamiętnym wzrokiem.
Brunet usiadł, starając się odczytać coś z twarzy dyrektora. Ten wyciągnął z szuflady paczkę cytrynowych dropsów, podstawiając ją Harry’emu.
– Chcesz? – spytał, częstując chłopaka. Potter pokręcił tylko przecząco głową. Siwowłosy czarodziej sam wziął jednego cukierka, po czym odłożył je na biurko, wpatrując się przez chwilę w siedzącego na żerdzi feniksa Fawkesa. Przez dłuższą chwilę nikt się nie odezwał, dopóki Dumledore nie zdecydował się przerwać się tej ciszy. – Harry, naprawdę nie chciałbym przeprowadzać z tobą tej rozmowy. Już i tak masz minimalny wpływ na to, co dzieje się w twoim życiu. Nie myśl, że o tym nie wiem. I będzie tak przynajmniej do chwili, gdy Voldemort nie zostanie ostatecznie pokonany – mężczyzna udawał że nie zauważył grymasu jaki pojawił się na moment na twarzy Snape’a, gdy zostało wypowiedziane imię Czarnego Pana. Umilkł na chwilę, zastanawiając się, jak ma poprowadzić dalej tę rozmowę, po czym kontynuował. – W tej chwili staramy się robić wszystko, by zapewnić tobie bezpieczeństwo jak i w miarę normalne życie. To jest jednak trudne ze względu na czyhające na ciebie niebezpieczeństwa. Pamiętaj jednak, że wszystko, co robimy, jest dla twojego dobra.
Harry z każdym kolejnym słowem swojego mentora stawał się coraz bardziej zdenerwowany. Nie wiedział do czego mężczyzna zmierza. Nie mógł nic poradzić na idiotyczne domysły, których w jego głowie pojawiało się coraz to więcej, a każdy kolejny pomysł był gorszy od poprzedniego.
– Jak dobrze wiesz – kontynuował Dumbelodre – profesor Snape jest naszym szpiegiem w szeregach Voldemora. – chociaż nastolatka bardzo korciło by odwrócić się i spojrzeć na czarodzieja, nienawiść w stosunku do niego mu w tym przeszkodziła. Nie miał zamiaru widzieć tej twarzy więcej, niż to konieczne. Poza tym naprawdę wątpił w to, dla której strony ten Stary Nietoperz tak naprawdę szpieguje. Dyrektor jednak rzucił swojemu przyjacielowi przelotne spojrzenie, nie widząc żadnych emocji na jego obliczu, po czym ponownie skupił się na uczniu. – To że uspokoił się po tym, co stało się w Ministerstwie Magii, nie było tylko w celu zebrania sił. Przez ten czas myślał o kolejnych posunięciach. Kilka tygodni temu zlecił profesorowi Snape’owi uwarzenie dość specyficznego eliksiru. Już dawno został on zapomniany, nie wiemy, skąd Voldemort zdobył przepis. No i oczywiście skąd się o nim dowiedział.
– Ale co to ma wspólnego ze mną? – zniecierpliwił się nastolatek. Usłyszał za sobą prychnięcie, dyrektor jednak uśmiechnął się lekko do chłopaka, jakby starał się go pocieszyć. Harry wiedział, że to, co zaraz usłyszy, nie spodoba mu się.
– Zaraz do tego dojdziemy. Musisz najpierw wszystko zrozumieć. Profesor Snape początkowo zamierzał wprowadzić kilka zmian, tak, by eliksir nie zadziałał. Voldemort jednak przewidział taką możliwość. Nie poinformował Severusa o tym, że tym eliksirem zajmuje się również inna osoba. Tak więc nie mógł zrobić nic innego, jak przygotować poprawny wywar. Pytałeś, co to ma wspólnego z tobą… Prawda? Otóż bardzo dużo. Co prawda to nie ty to wypijesz, a Voldemort, ale wpływ będzie miało tylko na ciebie. Celem tego eliksiru jest… Sprawienie by młode osoby oddały swe serce, swój umysł, swoje ciało i swoją duszę osobie, która tego pragnie. Czyli osobie, która wypije eliksir z krwią nieszczęśnika. Niestety jest to proces nieodwracalny, gdy to tobą zawładnie… jedyne, o czym myśli ofiara, to o tym, jak uszczęśliwić swego pana. Gdyby Voldemort to wypił, stałbyś się jedną z jego marionetek, zupełnie pod jego władzą.
Chłopak był zszokowany. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie powiedział mu dyrektor. Kilkakrotnie otwierał i zamykał usta starając się coś powiedzieć, niestety bez rezultatu. On jako… marionetka Vodemorta?!
– Jak jednak mówiłem, do tego potrzebna jest mu twoja krew której jeszcze nie ma, mamy więc trochę czasu – dalej mówił mężczyzna, widząc stan, w jakim znalazł się nastolatek. Chciał przekazać mu wszystkie informacje zanim ten zupełnie się załamie, bądź, co bardziej prawdopodobne, straci nad sobą panowanie. – Planuje zaatakować Hogsmeade, nie wiadomo jeszcze kiedy. Severus nas o tym poinformuje. Chce ściągnąć tam ciebie i zranić tak, by zdobyć kilka kropel twojej krwi. Jest jednak jedna rzecz, która działa na naszą korzyść. Eliksir działa na osobę, która jest niepełnoletnia i nie jest w związku małżeńskim.
– Jeśli pan nie zauważył, ja nie jestem pełnoletni, nie mam też żony! – nastolatek wstał, czując gromadzącą się w nim złość. – Zamierzacie więc mnie gdzieś zamknąć na cały rok, by przypadkiem Voldemort nie zdobył mojej krwi?! – krzyczał coraz głośniej, tracąc nad sobą panowanie. Dwóch mężczyzn wpatrywało się w niego w milczeniu, gdy ten zaczął przechadzać się po pokoju, kierując swoje słowa do starszego czarodzieja. – Tak, najlepiej! Cholera! Albo będę jego marionetką, albo więźniem, tak?! Zajebiste perspektywy na przyszłość!
– Potter! – warknął Snape, widząc, że Dumbledore nie robi nic, by uspokoić nastolatka. Brunet obrzucił go spojrzeniem pełnym czystej nienawiści.
– Tak, dla ciebie to nawet lepiej! – warknął do Mistrza Eliksirów. – Niewidzenie mnie na lekcjach to dla ciebie za mało, teraz w ogóle chcesz się mnie pozbyć z Hogwartu, tak?!
Snape już otwierał usta, by odpowiedzieć mu, jednak Dumbledore był pierwszy.
– Harry – powiedział głosem, jakiego nastolatek jeszcze chyba nigdy u niego nie słyszał. Stanowczy, ostry, nieznoszący sprzeciwu. Od razu się uspokoił. Dyrektor za to kontynuował. – Severus nie ma z tym nic wspólnego, nie powinieneś się na nim wyżywać – widząc, że chłopak otwiera usta, by mu przerwać, ciągnął – Owszem, nie jesteś pełnoletni, jednak jest przecież drugi warunek, mówiący o związku małżeńskim.
– Przecież wie pan, że ja w żadnym nie jestem! I nie mogę być, przynajmniej do osiągnięcia pełnoletniości! Poza tym ślubu nie bierze jedna osoba! – chłopak znowu zaczynał tracić nad sobą panowanie.
– Harry – dyrektor znowu starał się uspokoić nastolatka i zwrócić jego uwagę na swoje słowa. – Nie wspominałbym ci o tym, gdybym nie miał na to żadnego rozwiązania, prawda? – Złoty Chłopiec niepewnie kiwnął głową, czekając na dalsze słowa. – Owszem, w związek małżeński mogą wejść jedynie osoby, które ukończyły siedemnaście lat. To znaczy w większości. Są małe ustępstwa od tej reguły, o których mało kto wie, jednak są zgodne z prawem. I niestety, mimo wszystko, zawarcie związku jest jedyną możliwością, która jest w stanie zapewnić ci bezpieczeństwo. Nawet jeśli byłbyś gdzieś ukryty istnieje możliwość, że Voldemort znajdzie to miejsce. Może powtórzyć się sytuacja sprzed piętnastu lat.
Zrezygnowany nastolatek ponownie usiadł na swoim miejscu.
– Ja jestem za młody na małżeństwo – westchnął. – Nawet nie wiem, z kim. Przecież dobrze pan wie, że osoby, które są blisko mnie, są w niebezpieczeństwie. Cedrick… Syriusz… – umilkł, nie ufając swemu głosowi. Nie zamierzał się tutaj rozpłakać, nie zamierzał pokazać żadnej słabości.
– Chłopcze, wiem, co czujesz. A raczej nie wiem, ale staram się zrozumieć. Mam dla tej sytuacji jedno wyjście… I proszę, daj mi skończyć, zanim zaczniesz rzucać rzeczami w moim gabinecie, dobrze? – poczekał, aż chłopak skinie niepewnie głową, dopiero wtedy kontynuował. – Moim zdaniem idealnym rozwiązaniem byłoby zawarcie związku małżeńskiego z profesorem Snape’em.
Harry otworzył usta, wpatrując się z czymś pomiędzy niedowierzaniem, a rosnącą wściekłością w swojego dyrektora. Wstał tak energicznie, że przewrócił krzesło na którym siedział. Nikt jednak nie zwracał na to uwagi. Mężczyźni patrzyli z uwagą na chłopca, a on na Dumbledore’a.
– Zwariował pan! – wykrzyknął w końcu. Chciał powiedzieć coś więcej, jednak profesor podniósł rękę, uciszając go.
– Obiecałeś – ostrzegł. I zanim Wybraniec zdołał ponownie otworzyć usta, zaczął tłumaczyć. – Voldemort coraz bardziej podejrzewa Severusa, szpiegowanie robi się dla niego coraz bardziej niebezpieczne. Szczególnie że zauważył, jak na wczesnym etapie pominął on jeden ze składników eliksirów. Starał się udawać, że to przez pomyłkę, jednak Voldemort od tego czasu jest w stosunku do niego coraz bardziej ostrożny. To była bardzo idiotyczna pomyłka, której nie popełniłby znający się chociaż trochę na eliksirach czwartoklasista. Uważam, że to jest najlepszy czas na jego wycofanie się i pokazanie, po której tak naprawdę stoi stronie. Poza tym mówiłeś, że osoby w twoim otoczeniu narażone są na niebezpieczeństwo. Severus umie o siebie zadbać. Jest znakomitym czarodziejem który nie tylko broniłby siebie, ale również i ciebie. Z nim byłbyś o wiele bezpieczniejszy niż z większością czarodziei.
Rzadko spotyka się małżeństwa, w których jedna strona jest osobą niepełnoletnią. Takie praktycznie nie istnieją. Udało mi się jednak dotrzeć do wydarzenia które miało miejsce w Durmstrangu prawie pięćset lat temu, gdy zezwolono na ślub ucznia i jego nauczycielki. Związek między uczniem a nauczycielem jest niedozwolony, chyba, że jest prawnie zaakceptowany. Można to wykorzystać w waszej sytuacji. Poza tym jesteś przecież Chłopcem, Który Przeżył. Gdyby te historię przedstawić w nam korzystny sposób, powinniśmy uzyskać zgodę i odprawić ceremonię przed atakiem na Hogsmeade.
– Ale… – Harry starał się coś powiedzieć. – Ale… To Snape!
– Profesor Snape – poprawił go dyrektor.
– Kurwa, to Snape! – nastolatek zdawał się nie zauważyć, że starszy czarodziej cokolwiek powiedział. – Nie ma mowy! Cholera, nie wyjdę za żadnego Śmierciozercę! Ja go nienawidzę! I tak już mi niszczy życie! Niszczy mi życie od pięciu lat, a teraz jeszcze zniszczy moja przyszłość! Nie ma mowy!
– Potter, jak zwykle musisz robić z siebie ofiarę – warknął Mistrz Eliksirów, ciągle opierając się o ścianę. Patrzył na ucznia nieprzeniknionym wzrokiem, na jego twarzy nie było widać najmniejszej emocji. – Myślisz, że tylko tobie to się nie podoba?
– Ty jakoś nie protestujesz!
– Przekonałem profesora Snape’a, by się na to zgodził – Harry nawet nie zauważył, kiedy dyrektor stanął za nim. Zauważył to dopiero wtedy, gdy położył dłoń na jego ramieniu. – Zrozum, to jest najlepsze wyjście. Zapewni bezpieczeństwo wam obu. Oddzielnie jesteście świetnymi czarodziejami, jednak we dwoje będziecie praktycznie niepokonani.
– Ale to Snape! – chłopak nie dawał za wygraną. Te słowa mówił tak, jakby wyjaśniały wszystko.
– Harry, wiem, że to profesor Snape. I ja naprawdę mu ufam. Wiem, że nie zrobi ci krzywdy. Gdybyś go bliżej poznał, zauważyłbyś, że nie jest taki, jak wyobrażałeś go sobie przez te wszystkie lata.
– Nie jest taki?! – w nastolatku ponownie rosła złość. – A kto mnie wywalił z eliksirów przez to, że jakiś Ślizgon wrzucił mi coś do kociołka? Przez kogo nie mogę teraz grać w quidditcha?! Przez kogo Gryfoni się ode mnie odwrócili, bo nie mogłem pomóc drużynie w najważniejszym meczu?! Przez kogo jesteśmy na ostatnim miejscu w rankingu domów?! Merlinie, to Snape! My się nienawidzimy! Jak niby możemy być małżeństwem?!
– Chłopcze, wierzę, że Severus nie chciał doprowadzić do czegoś takiego… – zaczął dyrektor, jednak brunet mu przerwał.
– Nie chciał?! Nie widział pan tej satysfakcji na jego twarzy! Ten cholerny…
– Potter! – tym razem przerwał sam Sanpe, patrząc z wściekłością w oczach na Wybrańca. – Nie zapominaj się! Pamiętaj jak i o kim mówisz! Ciągle tu jestem!
– A ja wolałbym tu nie być! – wykrzyknął, kierując się w stronę drzwi. – Nie mam ochoty na takie pierdolone żarty…
Gdy już dotarł do drzwi i złapał z klamkę, znowu poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Ta jednak ścisnęła go z całej siły, ciągnąc do tyłu. Harry odwrócił się w stronę właściciela ręki by zobaczyć wściekłą twarz Mistrza Eliksirów. Mężczyzna doprowadził go do krzesła które jeszcze stało i bezceremonialnie rzucił go na nie.
– Nie myśl, że mi się podoba ta cała sytuacja – warknął. – Ostatnie, co bym chciał, to mieć cię za męża. W tej chwili najważniejsze jest jednak pokonanie Czarnego Pana, a ty wcale nie pomożesz usługując mu i spełniając każdą jego zachciankę! Byłbyś w gorszej sytuacji niż niewolnicy, bo oni przynajmniej umieją myśleć. Ty będziesz myśleć tylko o tym jak go zaspokoić, lub ile miast zniszczyć, by ten był szczęśliwy!
– To znajdźcie mi kogoś innego!
– Obawiam się, że z tym jest kłopot – westchnął siwowłosy, podchodząc do tamtej dwójki. – Jeśli będziesz chciał poślubić dziewczynę, uznają, że oboje jesteście młodzi i jeszcze rok was nie zbawi. Albo najlepiej dwa lata, byście pobrali się po zakończeniu szkoły.
– A na to niby nie jestem za młody?!
– Harry… – profesor ponownie westchnął. – Przypuszczalnie, gdybyście teraz mieli romans – nauczyciel z uczniem – i to się wydało, oboje musielibyście opuścić mury tej szkoły. Jest to bowiem zakazane. Wszelkie kontakty wykraczające się poza zwykłą relację profesor-uczeń są zabronione, chyba, że są ze sobą spokrewnieni. Tak jest napisane w regulaminie. Wystarczy że wspomnę im o tym, że jesteś Złotym Chłopcem, że poza murami szkoły czeka cię niebezpieczeństwo. Po kłopotach, które sprawiło ci ministerstwo w zeszłym roku będą chcieli to jakoś naprawić, więc prawdopodobnie zgodzą się na wasz ślub.
– Ale… To Snape… – Harry ponownie użył tych słów, jakby były wyjaśnieniem całej jego niechęci. Jednak do głowy przyszedł mu jeszcze jeden argument. – Poza tym to niemożliwe! Małżeństwa między dwoma mężczyznami nie są dozwolone! A do tego nie jestem nawet gejem!
– Nie są dozwolone w twoim świecie – wyjaśniał spokojnie Dumbledore. – Owszem, tutaj nie są tak często spotykane, jednak są najnormalniejszą rzeczą pod słońcem. Najważniejsza w związku jest miłość. To jest najważniejsze prawo w związkach w czarodziejskim świecie. Ślub wziąć mogą nawet olbrzym z centaurem, wystarczy, że się kochają. A co do twojej orientacji… Nie każę wam na razie robić nic nadzwyczajnego. Przyzwyczaicie się i kto wie, co się stanie w przyszłości.
– Ale ja go nie kocham! – Harry tracił resztki nadziei.
– Chłopcze… – dyrektor kucnął, tak by ich twarze znajdowały się mniej więcej na tym samym poziomie. – Dobrze wiem, że twoje życie nie należy do najłatwiejszych. Chciałbym, żebyś był normalnym chłopcem, uwierz mi. Przeznaczenie jednak chce czegoś innego. Kiedyś staniesz twarzą w twarz z Voldemortem i musimy zrobić wszystko, byś wtedy był w pełni sił, przygotowany na to starcie. Nawet nie wiesz, jak chciałbym zdjąć ten ciężar z twoich barków. Chcę dla ciebie jak najlepiej, jednak nic nie mogę na to poradzić. Zawsze miałem nadzieję, że chociaż przyszłość, po pokonaniu go, będzie należeć do ciebie. Jednak w tej chwili i na to nie mamy zbyt dużego wpływu. To małżeństwo jest obecnie dla ciebie najlepszym wyjściem… Liczę, że chociaż zaprzyjaźnicie się, spróbujecie żyć razem. To nie będzie takie okropne, jeśli tylko chociaż trochę się postaracie.
– Ale… To Snape… – nastolatek spróbował ostatni raz. Następnie pochylił głowę, tracąc wszelką nadzieję. Przynajmniej na chwilę obecną, gdy nie był już w stanie nad tym myśleć. – Na czym to będzie polegać? – spytał słabo.
Dumbledore wydawał się lekko uśmiechać, zyskując zgodę twojego ulubieńca.
– Ze względu na to, że jesteś niepełnoletni, nikt nie może dowiedzieć się, że to małżeństwo zostało zaaranżowane. Wszyscy muszą wierzyć, że jesteście prawdziwie zakochani. Oczywiście nie liczę na wyznania miłosne na środku Wielkiej Sali czy całowanie się przy drzwiach sal lekcyjnych, bo wiem, że nie darzycie siebie żadnym głębszym uczuciem, lecz mam nadzieję choćby na niewykrzykiwanie na cały głos „ja go nie kocham”, czy „zostałem do tego zmuszony”. Najlepiej, żeby tylko nasza trójka znała prawdę, nawet pan Weasley czy panna Granger nie mogą o tym wiedzieć. Nie chodzi mi o to, że im nie ufam, ale po prostu ktoś mógłby podsłuchać, jak o tym rozmawiacie. Albo – i tu chodzi mi głównie o pana Weasley’a – mogliby zareagować w jakiś podejrzany dla innych sposób. Gdyby dowiedział się o tym choćby jeden uczeń, mogłoby się to roznieść po całej szkole, dotrzeć do Ministerstwa, a tam czekałyby na nas nieprzyjemne konsekwencje. Z Azkabanem włącznie. To co chcemy zrobić jest bowiem niezgodne z prawem. Mieszkalibyście w kwaterach Severusa. Wydawałoby się to dziwne, że małżeństwo nie mieszka razem… Ale ciągle jesteś Gryfonem, Harry, i możesz przebywać w swoim Dormitorium tyle, ile zechcesz. Ze względu na to że nie wiemy na kiedy Voldemort planuje atak, najlepiej załatwić to jak najszybciej. Zaraz udam się do Ministerstwa by wszystko załatwić i prawdopodobnie jutro albo pojutrze pojawi się tu ich przedstawiciel, by udzielić wam ślubu. Będę tylko jeszcze musiał uzyskać zgodę od twojego wujostwa, Harry.
– To nie będzie trudne – odparł gorzko chłopak. – Jeśli pan powie, że dzięki temu się mnie pozbędą, to zrobią to z wielką chęcią. Chociaż wolałbym, by o tym nie wiedzieli… I tak wystarczy im powodów do nienawiści względem mnie. Bo… Już do nich nie wrócę, tak…? – spytał niepewnie, w końcu podnosząc wzrok na Dumbledore’a.
– Nie – odpowiedział mężczyzna. – Po ślubie, zgodnie z naszym prawem, traktowany jesteś jak osoba pełnoletnia… Czy to przez prawo, czy przez magię. Dlatego ochrona, którą miałeś mieszkając u Dursleyów już ciebie nie będzie obowiązywać.
Nastolatek westchnął.
– Przepraszam, czy ja… mogę już iść? – spytał słabo, ponownie spuszczając wzrok.
– Tak – odpowiedział Dumbledore. – Idź… Tylko jutro po śniadaniu przyjdź do mojego gabinetu, dobrze? Ty zresztą też, Severusie. Poinformuję was, kiedy przybędzie urzędnik.
Usiadł na swoim fotelu i wyjrzał przez okno. Przestał zwracać uwagę na swoich gości, którzy opuścili jego gabinet – najpierw Harry, a zaraz po nim Snape. Gdy tylko znaleźli się na korytarzu Gryfon bez słowa, lekko otępiały, ruszył w stronę wierzy Gryffindoru. Mistrz Eliksirów wpatrywał się w plecy dzieciaka. Dopiero teraz skrzywił się, wiedząc, że nikt nie jest w stanie tego zobaczyć. Widząc jak nastolatek zniknął za rogiem, poszedł za jego przykładem, kierując się w stronę swoich kwater. W tej chwili myślał tylko o zawartości swojego barku. Coś czuł, że przez tę noc jego zapasy znacznie się uszczuplą.
Przepraszam za wszelkiego rodzaju błędy, literówki itp.^^
seria: Harry Potter
„Oczy koloru Avady”
04
Mimo dość wczesnej godzinie, na peronie numer 9 i ¾ było wiele ludzi. Panowało tam prawdziwe zamieszanie. Dzieciaki biegały od rodziców, do znajomych, czy też wbiegały, bądź wybiegały z pociągu, wszystko robiąc z krzykiem.
Wszyscy byli uśmiechnięci, zadowoleni, zachowywali się tak swobodnie, jakby właśnie nie trwała wojna, jakby nie mieli żadnych zmartwień. Harry im zazdrościł.
W oddali zobaczył grupkę osób z płomieniście rudymi włosami. Odruchowo poprawił kaptur, upewniając się, że chociaż trochę zakrywa twarz. Malfoy zauważył ten gest, jednak nic nie powiedział. Był pewny, że Potter prędzej pobiegnie do swoich przyjaciół z wywieszonym jęzorem, wygadać wszystko, co przeżył w ciągu ostatniego miesiąca, a nie, że będzie się ukrywać.
Chłopcy od razu skierowali się w stronę pociągu, unikając innych uczniów. Kilka osób spojrzało na nich ze zdziwieniem, widząc Draco w towarzystwie jakiegoś nieznajomego, którego nie kojarzyli, jednak szybko wracali do swoich spraw.
Prawie od razu udało im się znaleźć wolny przedział. Umieścili bagaż na górze, po czym zajęli miejsca – przy oknie, naprzeciw siebie. Potter oparł głowę o szybę i wpatrywał się zamyślony w peron. Malfoy za to swoje spojrzenie utkwił w Harrym. Kilka razy chciał się odezwać, jednak w ostatniej chwili się powstrzymywał. Postanowił że zacznie zadawać pytania, jak pociąg ruszy.
Kilka razy drzwi do przedziału otwierały się, uczniowie szukali przedziału, w którym mogliby usiąść. Jednak widząc Malfoya, od razu rezygnowali.
Pierwszy odezwał się Harry.
– Nie powinieneś być przypadkiem w przedziale dla prefektów? – spytał, nie zaszczycił jednak blondyna ani jednym spojrzeniem, ciągle wpatrując się w okno.
– A po co mam jechać z osobami, których nie trawię? Nie mam zamiaru przebywać w towarzystwie szlam czy Zdrajców Krwi – zauważył, że Harry nie zareagował słysząc te przezwiska. Przynajmniej w sposób, który mógł dostrzec… A patrzył bardzo dokładnie. – Tylko pupilki Dropsa tam siedzą.
Potter nic nie odpowiedział. Właśnie zauważył, jak rodzina Wesleyów z Hermioną podchodzą do okna, przy którym siedział. Nie widzieli go, jedynie szli w kierunku drzwi prowadzących do wagonów. Zbliżyli się na tyle, by słychać było ich rozmowę.
-… powiedział, że skupiają się teraz tylko na tym – mówił spokojnym głosem pan Wesley. – Hermiono, nie martw się, znajdziemy go.
– A jeśli coś się stało? – dziewczyna mówiła cicho, tak, że Harry ledwo usłyszał jej słowa. Oczy miała lekko czerwone, jakby niedawno płakała, a do tego nie przespała kilka ostatnich nocy.
– Hermiono, możliwe, że sam gdzieś się zaszył, potrzebując trochę czasu dla siebie. Wiesz, to, co stało się w Ministerstwie Magii… Ale może wróci do szkoły, kto wie? Pozostańmy dobrej myśli! – pocieszał pan Wesley. Słowa kierował nie tylko do Hermiony, ale również do Ginny i Rona. Wydawał się również przekonywać samego siebie.
Draco patrzył to na Harry’ego, to na rodzinę rudowłosych. Nigdy nie chciałby tego przyznać, ale chciał wiedzieć, co siedzi teraz w głowie Pottera. Co czuje, słysząc rozmowę przyjaciół. I co tak naprawdę zdarzyło się w Ministerstwie Magii. Nie wiedział za wiele, jedynie to, co wyczytał w Proroku, czy to, co podsłuchał. Zginęła tylko jedna osoba. Ktoś po stronie Dumbledore’a. Do tego złapali Śmierciożerców. Jego ojciec cudem uniknął kary, nawet nie wiedział, w jaki sposób. I w tym wszystkim oczywiście brał udział Potter.
Nie było tego za wiele.
– Ale czy jeśli wszystko byłoby dobrze nie dałby jakoś znać… – zaczęła ponownie dziewczyna, jednak pan Wesley przerwał jej.
– Jego sowa kilka dni temu przyleciała do Hogwartu. Może tym chciał przekazać to, że wraca? A jeśli nie… Profesor Dumbledore nie spocznie, póki go nie znajdzie.
Ron przytulił dziewczynę, widząc, jak ta ponownie zaczęła drżeć. Chciał jej dać wsparcie, pokazać, że jest przy niej. Ta uśmiechnęła się lekko.
– Chodźmy do pociągu… W końcu musimy być tam wcześniej, prawda? Mamy trochę do roboty jako prefekci…
Ta kiwnęła głową, po czym razem z Ginny weszli do pociągu.
Harry ciągle patrzył się w jedno, to samo miejsce, jakby nad czymś głęboko myślał.
Przez dłuższy czas słychać było jedynie odgłosy z peronu oraz z korytarza. Żaden chłopak nie odzywał się do drugiego, pogrążony we własnych myślach. Siedzieli tak do czasu, aż drzwi do przedziału nie otworzyły się któryś już z kolei raz i nie wpadła do niego grupka dobrze znanych blondynowi Ślizgonów. Na ich czele stała Pansy Parkinson, która rzuciła się na Malfoya.
– Draaaacoooo! – wypiszczała, padając na niego, siadając okrakiem na kolana i wpijając swoje usta w jego.
– Siema, stary – powiedział Blaise Zabini, wchodząc za dziewczyną, nie zwracając uwagi na jej zachowanie. W końcu to nie był pierwszy raz. Za nim byli Crabbe i Goyle.
– Cholera, Pansy! – warknął Draco, odpychając dziewczynę od siebie tak, że ta spadła z jego kolan, lądując na podłodze. – Ile razy mam ci mówić, byś tego nie robiła?!
– Ale Draco, ja stęskniłam się za… – zaczęła dziewczyna, jednak przerwał jej Zabini.
– A ty to kto? – zwrócił się do drugiego chłopaka siedzącego pod oknem, który od ich wejścia nawet się nie poruszył. Wydawał się nie zwracać uwagi również na jego słowa.
– Idź stąd, ten przedział jest zajęty! – krzyknęła Pansy wstając i wskazując palcem Pottera. Wkurzyła się jeszcze bardziej, widząc, że nie zwrócił na nią uwagi. Zanim jednak zdążyła cokolwiek jeszcze powiedzieć, wtrącił się Malfoy.
– Skoro jest zajęty, Pansy, to możesz sobie iść. Nie mam teraz ochoty na twoje gadanie.
– Ależ Dracuś… – dziewczyna praktycznie wyjęczała ze łzami w oczach. Obrzuciła nieznajomego wściekłym spojrzeniem po czym usiadła koło blondyna, wtulając się w jego ramię.
Blaise usiadł naprzeciw niej, za to goryle koło dziewczyny.
– Dracuś, czemu się ostatnio do mnie nie odzywałeś? – spytała Pansy, tuląc się jeszcze bardziej do ukochanego. – Myślałam że wczoraj się odezwiesz, razem byśmy przyjechali na stację…
– Wystarczy że muszę się męczyć z tobą w szkole – warknął chłopak. – Uwierz, mam ważniejsze rzeczy na głowie niż wysłuchiwać twojego paplania.
– Ale co może być niby ważniejsze?! – Pansy wydawała się nie zwracać uwagi na to, że chłopak ją obraża. – I powiesz mi, kim jest ten o? – wskazała palcem na Harry’ego.
– Nie mów, że go nie znasz – Malfoy przewrócił oczami. – Któż nie zna Złotego Chłopca?
Oczy wszystkich zwróciły się na zakapturzonego chłopaka. Ten jednak dalej wpatrywał się w okno, nic nie robiąc z tego, jakie zamieszanie wywołała jego obecność.
– Ty… Potter… co… on… tu… jak… Dracuś? – Pancy nie była w stanie wykrztusić żadnego porządnego zdania. Ostatnim słowem chciała poprosić chłopaka, aby wytłumaczył obecność osoby, której każdy Ślizgon nienawidził. A ta piątka w szczególności.
– Draco? – Blaise również się zainteresował, patrząc zaciekawiony na przyjaciela. Wydawało mu się to dziwne. Blondyn wczoraj stał się Śmierciożercą, a dziś… Siedzi sobie z Potterem?
– Tak mnie błagał, żebym pozwolił przebywać mu chociaż chwilę wśród tych lepszych, że nie byłem w stanie odmówić – Malfoy wzruszył ramionami, jakby to, co mówił, było oczywiste. Spodziewał się, że brunet coś na to powie, jednak ten ciągle milczał.
Pociąg ruszył.
– Potter, nie wiedziałam, że tak bardzo chcesz przebywać wśród tych lepszych – Pansy wydawała się usatysfakcjonowana odpowiedzią swojego ukochanego. – Tylko wiesz… Obawiam się, że dla ciebie już za późno. Jedzie od ciebie szlamem i oborą – zaśmiała się, a goryle jej zawtórowały. Harry jednak ciągle wpatrywał się w okno, Malfoy w Harry’ego, a Zabini w Malfoya.
– Wy wszyscy jakoś dzisiaj nie w humorze – mruknęła dziewczyna, jeszcze bardziej przyklejając się do ramienia blondyna. – Dracuś, a tak w ogóle, wiesz kogo spotkaliśmy przechodząc obok przedziału dla Prefektów? Wieprzlej tulił się do tej Szlamy z Gryffindoru… Chyba nawet na kąpiel nie mają, bo tak od niego jechało, że aż ją oczy piekły! Beczała jak nie wiem! W sumie nic dziwnego, też bym się chyba rozbeczała musząc przebywać w jego towarzystwie – ponownie zaśmiała się. Miała nadzieję, że chociaż to rozbawi Malfoya. Jednak się przeliczyła.
Siedziała chwilę, zła na cały świat, gdy w przedziale panowała cisza.
– Czy Potter przypadkiem nie zaginął? – zagaił Zabini. Oczy wszystkich, oprócz samego Harry’ego, skierowały się w jego stronę. – No… Wiecie. W gazecie coś pisali. Że zaginął kilka dni przed początkiem sierpnia. Nie było to oficjalnie potwierdzone, ale…
– Jak widzisz, jestem – odezwał się cichy, lekko zachrypnięty głos spod kaptura. Oczy wszystkich zwróciły się w jego stronę. Nikt, oprócz Malfoya, nie słyszał wcześniej, aby Harry się odezwał. Zdziwieni byli chłodem panującym w głosie oraz jego barwą. – Jestem również zaszczycony. Czy naprawdę jedynym tematem wśród Ślizgonów po powrocie z wakacji jest moja osoba?
W końcu odwrócił się w kierunku nastolatków. Zabini wydawał się jedynie lekko zdziwiony, Parkinson otworzyła szeroko usta ze zdziwienia, goryle za to upuściły batony, które trzymały w rękach.
Chłopak nie przypominał tego samego nastolatka, którego widzieli ostatnio dwa miesiące wcześniej w pociągu z Hogwartu. Co prawda i tak teraz miał głowę zasłonioną kapturem, jednak to, co zobaczyli, wystarczyło, by wywołać na nich tak duże wrażenie. Po pierwsze – brak okularów. Mogli dokładnie przyjrzeć się temu głębokiemu kolorowi jego oczu. Nie było w nich tej energii, radości, życia, co zawsze. Teraz były puste. Nigdy nie widzieli, by miał on chociaż trochę dłuższe włosy. Jednak tutaj grzywka przysłaniała czoło, przez co blizna była niewidoczna. Do tego wpadały mu do oczu. Kilka dłuższych kosmyków wystawało spod kaptura.
Twarz była wymęczona, wydać było na niej kilka ran, czy siniaków. Nie wyglądała jak twarz szesnastolatka, raczej czterdziestolatka po przejściach, na granicy życia i śmierci.
Nie była to diametralna zmiana, chociaż Ślizgoni doznali niemałego szoku widząc go. I, mówiąc szczerze, nie byli pewni, czy poznaliby go na ulicy, gdyby ich akurat mijał.
Pierwszy ocknął się Blaise, przywołując na twarz znudzony wyraz twarzy, chociaż pierwsze słowa wypowiedziała Pansy.
– Potter, uwierz, że mamy o wiele ciekawsze tematy niż twoja osoba. Ale powiedz mi tylko jedno… Czemu nie jesteś z tą swoją Szlamą i Wieprzlejem? Czekaj, czekaj! Nie mów! – na jej twarzy pojawił się kpiący wyraz. – Zajęli się sobą, porzucili swojego Wybrańca, a teraz ty chcesz się do kogoś przydupić – wyglądała co najmniej tak, jakby właśnie odkryła Amerykę.
Harry nic nie odpowiedział, ponownie spojrzał w okno, opierając głowę o szybę. Przestał zwracać na cokolwiek uwagę. Mijane krajobrazy powoli usypiały go, aż w końcu ostatecznie zamknął oczy, pogrążając się w głębokim śnie.
Ślizgoni szybko zapomnieli o tym, że w przedziale, oprócz nich, znajduje się jeszcze Gryfon. Crabbe i Goyle zajęli się jedzeniem, Pansy tuleniem do ramienia Draco, a Malfoy i Zabini rozmową. Wszystko było dobrze, do czasu, aż blondyn nie usłyszał cichego jęku wydanego przez postać skuloną w kącie. Poruszyła się ona lekko, po czym wydała kolejny, tym razem nieco głośniejszy jęk.
Ślizgonka prychnęła.
– Nie dość, że się wtarabania, to jeszcze jak zawsze musi zwracać na siebie uwagę – mruknęła.
Draco przyglądał się przez chwilę brunetowi, który ponownie poruszył się niespokojnie. Wyglądało na to, że ponownie dręczyły go koszmary. Spodziewał się, że może nastąpić to, co w nocy.
– Pansy, idź sprawdzić uczniów – rozkazał nieznoszącym sprzeciwu tonem. – W końcu musimy pokazać, że Ślizgoni jednak coś robią. Nie mam zamiaru słuchać skarg tej Szlamy na to, że nie wypełniamy swoich obowiązków. Crabbe, Goyle, idźcie z nią.
Dziewczyna spojrzała z wyrzutem na blondyna.
– A czemu ty nie możesz mi potowarzyszyć? – spytała trzepocząc rzęsami, jakby myślała, że to dodaje jej uroku. Wyglądała jednak tak, jakby wpadło jej coś do oka.
– Ja chcę porozmawiać z Blaisem – oznajmił Malfoy.
Z kąta dobiegło kolejne, głośniejsze jęknięcie. Brunet zaczynał mamrotać coś pod nosem, coraz bardziej się wiercąc.
– A Potter… – zaczęła dziewczyna, jednak Draco przerwał jej, wstając, otwierając drzwi i wypychając ją przez nie.
– Już! – warknął. Goryle widząc, że ich „szef” nie ma najwyraźniej humoru, ruszyły za dziewczyną.
Blondyn zamknął drzwi z głośnym trzaskiem.
Blaise uważnie przypatrywał się swojemu przyjacielowi, studiując jego zachowanie. Patrzył, jak ten podchodzi do Pottera coraz bardziej wiercącego się i coraz głośniej coś mamroczącego.
Draco kopnął Gryfona w nogę, krzycząc:
– Potter, wstawaj, do cholery! Nie mam zamiaru znowu wysłuchiwać twoich krzyków!
Nic to nie dało.
Dziedzic fortuny Malfoyów chwycił więc go za przydużą bluzę i zaczął szarpać.
Potter w końcu otworzył oczy, rozglądając się nieprzytomnie. Zauważając Ślizgona szarpiącego go z całej siły wstał i odepchnął go tak, że nastolatek poleciał na siedzenie. Wyjął różdżkę, którą skierował w blondyna.
– Nigdy więcej nie waż się mnie dotknąć – warknął.
Draco wydawał się być zaskoczony taką reakcją, po czym górę nad nim wzięła złość. Podniósł się, stając przed Potterem.
– Po pierwsze – warknął blondyn – schowaj ten kawałek drewna, bo jeszcze nim komuś oko wydłubiesz. Po drugie, jeśli zamierzasz rzucać się po wagonie drąc się w niebogłosy to proszę bardzo. Tylko nie rób tego akurat w moim.
Brunet rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby dopiero teraz zauważył, gdzie się znajduje. Schował różdżkę do kieszeni spodni i ponownie usiadł w kącie, jak gdyby nigdy nic. Tak samo jak wcześniej oparł głowę o szybę, wpatrując się w mijany krajobraz.
– Cholera! – Malfoy nie wytrzymał. – Nikt mnie nie będzie ignorował, rozumiesz?! Nikt! A szczególnie żaden pieprzony Złoty Chłopiec! – wydawał się naprawdę wkurzony.
– Stary, uspokój się – Blaise również wstał, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela. – Wdech, wydech. Wdech, wydech. Jak chcesz możemy wyjść, wlepisz szlaban jakiemuś pierwszakowi i będzie okej.
Blondyn obrzucił go wkurzonym spojrzeniem, po czym westchnął głośno, uspokajając się. Zabini miał rację. Malfoy’om nie pasują takie wybuchy złości. Oboje ponownie zajęli swoje miejsca.
– A teraz wytłumacz mi, co Potter tu robi. Ma to związek z wczorajszą nocą? – spytał Blaise. Domyślał się, że Draco nie wywalił reszty tylko ze względu na Gryfona. I tak mieli wcześniej porozmawiać. W końcu Zabini był jedyną osobą, której młody Malfoy mógł powiedzieć o wszystkim.
– A jak myślisz? – na twarzy blondyna pojawił się mały, ironiczny uśmieszek. – Jednego dnia przyjmuję Mroczny Znak, drugiego w moim przedziale jest Wybraniec zachowujący się tak, jakby dowiedział się, że Czarny Pan jest jego prawdziwym ojcem. Czy to może być powiązane?
Blaise podniósł różdżkę, rzucając na pomieszczenie zaklęcie wyciszające. W końcu ostrożności nigdy za wiele, prawda?
Żaden z nich nie zauważył przelotnego spojrzenia, jakim Potter obrzucił blondyna.
– A więc słucham.
– Ja… Trzeba było zabić. I ja… – widać było, że Draco nie mógł wykrztusić tego, co chciał powiedzieć. To powinno być dla niego nic. Powinien zabijać bez zmrużenia oka, tak jak jego rodzice. A tu… Nie mógł nawet powiedzieć tego na głos.
– Co było dalej? – Blaise, jak widać, nie chciał naciskać przyjaciela. Wolał poczekać aż ten będzie w stanie o tym mówić.
– Potem musieliśmy stanąć naprzeciwko siebie, kandydaci. I w końcu zostaliśmy tylko ja i Potter.
– Potter?
Odpowiedziało mu jedynie skinienie głowy. Czarnoskóry chłopak spojrzał ze zdziwieniem na Gryfona.
– Złoty Chłopiec nie jest taki złoty? – w jego głosie słychać było kpinę. – Zauważył, że nie ma szans, to poszedł najłatwiejszą drogą i dołączył do Czarnego Pana?
Żadnego odzewu ze strony bruneta.
– Zostaw go… – westchnął Draco. – Jest taki od czasu, jak go zobaczyliśmy tam, wśród innych. Gdybyś go widział… Tam… Jak on…
– Malfoy, wysłów się – Potter ponownie dał znać, że słucha. Odwrócił się w stronę blondyna z zimnym wyrazem twarzy. – Musisz to umieć powiedzieć, w końcu to teraz będzie u ciebie na porządku dziennym. Powiedz to. Gdybyś go widział tam, wśród innych Śmierciożerców, jak zabijał niemowlę, chłopca, czy innego kandydata. Jak uratował Voldemorta przed Avadą. Jak klęczał przed nim. Powiedz to.
Oczy chłopaków rozszerzyły się ze zdziwienia, słysząc te słowa. Nigdy nie spodziewali się usłyszeć czegoś takiego z ust Złotego Chłopca. Nawet Malfoy, który widział to wszystko na własne oczy, nie mógł teraz wykrztusić z siebie ani słowa.
– I tak łatwiej ci to powiedzieć, nie wiedząc tego, co robiłem wcześniej – kontynuował brunet. – Jak się pewnie domyśliłeś, te dzieciaki nie były pierwsze. I uwierz, nie używałem tylko Avady. Są takie zaklęcia, gdzie sam błagałbyś o śmierć… – Harry pochylał się w stronę oniemiałego blondyna. Ich twarze były coraz bliżej. – Znam takie zaklęcia, gdzie Avada byłaby twoim jedynym wybawieniem, nie koszmarem. Umiem sprawić, by twoje ciało paliło się, bez targających nim płomieni. By krew się gotowała. By wnętrzności gniły. Mogę wywrócić ciebie tył naprzód. Mogę wiele innych rzeczy i wszystko wypróbowałem. Wszystkie na ludziach. Kobietach. Dzieciach. Starszych. Czy naprawdę uważasz, że zabicie dziewczynki prostą Avadą jest czymś strasznym?
Ostatnie słowa mówił wprost do ucha przerażonego blondyna, po czym cofnął się, uśmiechnął z ponurą satysfakcją i ponownie oparł o szybę.
Przez chwilę żaden ze Ślizgonów nie był w stanie wykrztusić słowa.
Pierwszy ponownie ocknął się Zabini, a na jego twarzy zakwitł kpiący uśmieszek.
– Prawie się nabrałem – zaśmiał się głośno. – Prawie się nabrałem na to, że Złoty Chłopczyk nie jest wcale taki złoty! Zabiłeś niemowlaka, tak? I torturowałeś ludzi! Dobre sobie!
Brunet nic sobie z tego nie robiąc, ponownie zajął się wpatrywaniem przez okno.
Rozbawienie Zabiniego zniknęło tak szybko, jak się pojawiło. Choć nie chciał dopuścić do siebie myśli że to co mówił brunet może okazać się prawdą, coraz bardziej zaczynał w to wierzyć. Miał wrażenie, że osoba siedząca razem z nim i Draconem w przedziale nie jest tą, którą zdołał poznać przez te pięć lat. To nie był Złoty Chłopiec, tak popularny w szkole, w całym świecie czarodziejskim.
Malfoy wskazał ręką bruneta po czym pokręcił przecząco głową, dając znać, że to nie ma najmniejszego sensu. Blaise postanowił posłuchać się przyjaciela, jednak i tak zamierzał dokładniej porozmawiać z nim po tym, jak wrócą do szkoły i będą mieli trochę wolnego czasu w Pokoju Wspólnym.
Podróż minęła w miarę normalnie, biorąc pod uwagę to, że Harry Potter siedział w przedziale elity Slytherinu. Po jakimś czasie wróciła do niego Pansy z gorylami Malfoya, od razu rzucając się w ramiona swojego ukochanego. Crabbe i Goyle zajęli się czytaniem jakiegoś magazynu z komiksami.
Nikt więcej nie zwracał uwagi na postać siedzącą w samym kącie, jakby ta nie istniała. Nawet Parkinson przestała po kilkunastu minutach rzucać w jej stronę pełne wrogości spojrzenia.
Sam Harry Potter również zdawał się nie zwracać uwagi na towarzystwo, w jakim przyszło mu spędzić tę podróż. Jechał pogrążony we własnych myślach, starając się nie zasnąć. Nie chciał znowu pokazywać innym swoich słabości, tego, jak zachowuje się w czasie snu. Te koszmary i wspomnienia zaczęły go nękać od czasu, gdy pierwszy raz użył zaklęcia niewybaczalnego. Potem było już tylko coraz gorzej. Nie był w stanie zamknąć oczu i nie mieć tych przerażających wizji. I nie mógł tego kontrolować. Nawet pomimo tego, że w dzień, gdy był w pełni świadomy, używanie Zaklęć Niewybaczalnych nie wywierało już na nim prawie żadnego wpływu.
W nocy jednak za to płacił. O wiele mocniej.
– Ej, Złoty, trzeba założyć szaty – z odrętwienia wyrwało go lekkie szturchnięcie i głos Zabiniego. Bez słowa wstał, razem z resztą, wyciągnął ze swojego kufra szatę i narzucił ją na siebie. Nie zdjął jednak bluzy, ani nie zsunął kaptura, pozostawiając go ciągle na głowie.
Nie zwracał na nikogo uwagi, Ślizgoni odwdzięczali się mu dokładnie tym samym. Gdy pociąg w końcu zatrzymał się na stacji w Hogsmeade nawet nie patrzyli, czy nastolatek idzie za nimi. On samy był z tego powodu wdzięczny. Wiedział, że już za chwilę wzbudzi aż za wielką uwagę. Jednak gdy uczniowie Domu Węża znaleźli się przy powozach mających zawieźć ich do Hogwartu Malfoy wzdrygnął się pierwszy raz widząc stworzenia je ciągnące. Zauważył, że nikt inny nie zwrócił na to uwagi. Cóż… Severus i jego ojciec już go przed tym ostrzegli.
Pozwolił, by reszta wsiadła do niego, sam jednak odwrócił się, wpatrując w tłum uczniów, starając się dostrzec tę jedną osobę. Gdy w końcu zauważył bruneta wlekącego się gdzieś tam z tyłu machnął na niego dłonią, wskazując, by wsiadł z nim.
– Przecież oficjalnie to moja rodzina ciebie uratowała i sprowadza do Hogwartu, prawda? – zadał pytanie jako wyjaśnienie swojego zachowania, gdy chłopak podszedł do niego.
Młody Gryfon nic nie odpowiedział, tylko wszedł do powozu, tym razem zajmując miejsce koło Crabbe’a, a zaraz za nim wsiadł Malfoy. Chwilę później powozy ruszyły.
Draco wiedział, że po tym wszystkim będzie musiał się wytłumaczyć ze swojego zachowania znajomym, a z Blaisem czeka go prawdopodobnie o wiele dłuższa rozmowa. Gdyby nie był Malfoyem, westchnąłby cierpiętniczo. W co on się wpakował?
W powozie panowała niezręczna cisza. Jak w przedziale pociągu Ślizgoni rozmawiali w miarę swobodnie, tak tutaj jakoś nie byli w stanie. Mimo że Gryfon zachowywał się dokładnie tak samo, siedząc w kącie i wpatrując się w przestrzeń za oknem.
Pansy odetchnęła z ulgą gdy dotarli na miejsce i w końcu Potter się od nich odczepił. Uwiesiła się ramienia swojego ukochanego ciągnąc go w stronę wejścia do Hogwartu, a następnie Wielkiej Sali. Oczywiście, zajmując miejsce przy stole Slizgonów, musiała usiąść obok blondyna. Po jego drugiej stronie był Zabini, a naprzeciw nich goryle Malfoya. Trójka uczniów Slytherinu miała doskonały widok na prawie całą Wielką Salę, a szczególnie na drzwi wejściowe, stół Gryfonów i stół prezydialny.
Zajęcie swoich miejsc zabrało dość dużo czasu, a uspokojenie się jeszcze więcej. W końcu, gdy prawie wszystkie rozmowy w końcu ucichły i zaraz do pomieszczenia miała wejść profesor McGonagall na czele pierwszaków mających zostać przydzielonych do określonych domów, od strony stołu Gryffindoru rozległ się dziewczęcy pisk, a chwilę później krzyk:
– HARRY!
Dziewczyna z burzą długich, kręconych, brązowych włosów wyskoczyła ze swojego miejsca by podbiec do osoby z kapturem na głowie siedzącej kilka osób dalej i rzuciła się na nią, obejmując i tuląc do siebie z całych sił. Słychać były cichy szloch.
Rudowłosy chłopak, siedzący wcześniej przy niej, również wstał i podbiegł do zakapturzonej postaci. Po sali rozległy się wtedy szepty, nikt nie wiedział, co się dzieje.
Potter, ty to zawsze wiesz, jak wzbudzić zamieszanie swoją osobą, czyż nie?, zakpił w myślach Malfoy, przyglądający się dokładnie temu zamieszaniu.
Do tamtej trójki podbiegła jeszcze jedna rudowłosa dziewczyna, a od stołu prezydialnego w stronę uczniów ruszył sam dyrektor, z Hagridem oraz jakimś nieznanym facetem, depczącymi mu po piętach. Malfoy zauważył, że Mistrza Eliksirów nie było ani przy stole prezydialnym, ani nie szedł w stronę Pottera. W ogóle nie było go jeszcze w Wielkiej Sali.
Całe to zamieszanie sprawiło, że uczniowie zwrócili się w stronę małej grupki, starając się dostrzec, co się tam dzieje.
Miała miejsce zmiana tytułu.^^ To jest jednak ciągle to samo opowiadanie.
seria: Harry Potter
„Oczy koloru Avady”
03
Draco Malfoy poderwał się z łóżka zdezorientowany. Przez chwilę nie wiedział co się dzieje.
Wstał zarzucając na siebie szlafrok, przygotowany jak zawsze na wszelki wypadek przez skrzaty domowe. Przecież nigdy nie wiadomo, kiedy paniczowi nie zachce się wyjść do łazienki w środku nocy, a arystokracji nie przystoi biegać po domu w samej bieliźnie.
Zawiązując pasek wybiegł z pokoju, rozglądając się za źródłem coraz głośniejszego i rozpaczliwszego krzyku. Powoli dało się również rozróżniać słowa.
Od razu domyślił się, że hałas pochodzi z sypialni gościnnej, w której aktualnie przebywał Harry Potter. Wbiegł do niej, coraz bardziej przerażony tym, co może tam zastać. Ktoś zaatakował posiadłość? Jego ojciec, bądź Severus, mimo tego, co jeszcze kilka godzin temu postanowili zrobić dla chłopaka, postanowili go teraz wykończyć?
Nie spodziewał się jednak tego, co zobaczył.
Kołdra leżała zrzucona przy łóżku, zapomniana. Na pościeli leżał chłopak, rzucając się we wszystkie strony. Nic nie wskazywało na to, że ktokolwiek mu coś zrobił. To były koszmary.
– Nie… Nie… Proszę… Nie chcę!
Jego czarne włosy były mokre od potu, przyklejone do bladej, równie mokrej twarzy.
– Zabij mnieee! – z jego oczu popłynęły łzy, mieszając się jednak z kropelkami potu.
Draco stał chwilę w drzwiach, wpatrując się oniemiały w postać na łóżku, która ponownie krzyknęła, jakby właśnie przeżywała wielki ból. Szybko jednak otrząsnął się i podbiegł do bruneta.
– Potter! Potter! – próbował go obudzić. Złapał leżącego za ramiona i potrząsnął nim mocno. To jednak nie przyniosło spodziewanego skutku. Złoty Chłopiec jedynie zaczął się szarpać, krzycząc „Zostaw mnie, błagam! Nie chcę! Zabij mnie! Zostaw mnie!”.
– Mruczek! – zawołał blondyn, nie wiedząc, co robić. Odsunął się od Gryfona. Nie musiał czekać ani chwili, gdyż od razu przed jego oczami pojawił się skrzat domowy. Skłonił się nisko i spojrzał przerażony na Pottera. – Sprowadź tutaj mojego ojca i Severusa. Natychmiast! – rozkazał dziedzic rodziny Malfoyów, odwracając się powrotem w stronę Harry’ego. – Potter, do cholery, obudź się! – ponownie złapał go za ramiona, tym razem potrząsając nim z całej siły.
Widząc, że nie przynosi to żadnego skutku, a krzyki stają się jeszcze głośniejsze, z całej siły uderzył w policzek chłopaka zewnętrzną stroną dłoni.
Nic się nie stało.
Powtórzył to, tym razem uderzając drugi policzek.
Potter przestał się szarpać i krzyczeć, za to zaczął mamrotać.
– Nie chcę… Proszę… Nie każ mi… – po jego policzkach ciągle spływały łzy. Malfoy patrzył na to z coraz większym przerażeniem na twarzy. Nigdy nie spodziewał się zobaczyć Wybrańca w takim stanie.
W pomieszczeniu rozległ się dźwięk towarzyszący aportacji, a koło blondyna pojawiło się dwóch mężczyzn. Oboje byli w piżamach, narzucone mieli jednak na siebie szlafroki.
– Co się dzieje? – spytał Mistrz Eliksirów, patrząc to na jednego nastolatka, to na drugiego. Zauważył stan Gryfona, jednak chciał dowiedzieć się czegoś więcej.
– Ja… – Draco nie wiedział, co powiedzieć. Otrząsnął się jednak. Arystokraci się nie jąkają. I nie okazują emocji. Przywołał więc na twarz swoją maskę niewyrażającą żadnych uczuć, jednak mimo tego, wszystko, co czuł w nim, można było ujrzeć w jego oczach. – Usłyszałem krzyk. Potter wrzeszczał jak opętany i rzucał się po całym łóżku. Ma chyba koszmary.
Oczy całej trójki ponownie zwróciły się w stronę bruneta, który skulił się do pozycji embrionalnej, ciągle szlochając i mrucząc coś do siebie. Pomimo ciszy między nimi, która zapadła, udawało się rozróżnić tylko pojedyncze słowa. „Nie…” „Zabić…” „Sam…” „Zabij…” „Nie chcę…” „Boli…”
Severus podszedł do niego, przykładając dłoń do czoła.
– Gorączka trochę spadła, jednak ciągle jest wysoka – mruknął. Nie wiadomo czy do siebie, czy do pozostałych. Podszedł do eliksirów stojących na stoliczku koło łóżka, które przyniósł ze sobą wieczorem. Wziął dwie fiolki po czym wrócił do chłopaka.
Przewrócił go ponownie na plecy, po czym podniósł głowę i napoił go po jednym łyku każdego specyfiku.
Zostawił go, podnosząc z podłogi kołdrę i przykrył dokładnie. Spojrzał na zegarek.
– Nie sądzę, by opłacało nam się już iść spać… – zwrócił się do Malfoyów. – Niedługo wzejdzie słońce i tak trzeba by było wstawać… W końcu dziś rozpoczyna się szkoła.
– Co z nim? – spytał Lucjusz, wskazując kiwnięciem głowy leżącą na łóżku postać.
– Nie wiem, czy jest teraz w stanie normalnie funkcjonować, nie mówiąc już o powrocie do szkoły. Najlepiej byłoby zostawić go na kilka dni, by doszedł do siebie.
– Czarny Pan wyraźnie kazał nam zabrać go do szkoły – starszy Malfoy wydawał się nieprzekonany. I nie chodziło tu tylko o czarnoksiężnika, ale i o to, że niezbyt cieszył się z tego, że Złoty Chłopiec przebywa w jego posiadłości. Może i przeszedł na tę dobrą stronę, może i stara się utrzymać bachora przy życiu, ale i tak awersja w stosunku do niego pozostała. I nie liczył na to, by to kiedykolwiek się zmieniło.
– Wiem, co mówił Czarny Pan – Severus wyglądał na zirytowanego. Bójcie się wszelkie Hogwadzkie dzieciaki, które tego dnia wejdą mu w drogę. – Widzisz jednak, w jakim jest stanie. I nie zdziwiłbym się, gdyby takie koszmary nawiedzają go co noc. To nie byłoby za przyjemne również dla jego współlokatorów.
– Od kiedy ty przejmujesz się Gryfonami? – zauważył starszy Malfoy.
– Od kiedy jakiś bachor może coś im wygadać przez sen. A nie jest to tajemnicą, że dzieciaki, szczególnie z Domu Lwa, uwielbiają sobie poplotkować.
W pomieszczeniu ponownie zaległa cisza.
– Więc co twoim zdaniem powinniśmy zrobić? – spytał po kilku minutach Lucjusz.
– Poleceniom Czarnego Pana nie można się przeciwstawiać – westchnął zrezygnowany Mistrz Eliksirów. Draco przysiadł na brzegu łóżka, przysłuchując się rozmowie starszych. – Ale wysłanie go tam nie jest najlepszym pomysłem. Szczególnie, że nawet nie wiemy, co się dzieje. I po której jest stronie. Jakoś nie uważam zabijania niemowlaków za czyn godny Wybrańca.
– I tak mieliśmy z nim porozmawiać. A jeśli jednak okaże się, że przeszedł na stronę Czarnego Pana?
– To niemożliwe – w końcu wtrącił się do rozmowy nastolatek. Dorośli w końcu przypomnieli sobie, że nie są w pomieszczeniu sami. – Przez te wszystkie lata potępiał wszystko, co miało coś wspólnego ze złem. A już w szczególności nie cierpiał niczego, co wiązało się z Czarnym Panem. Poza tym… Przecież wiecie, co stało się niedługo przed zakończeniem roku szkolnego z tym jego pchlarzem. Sądzicie, że po czymś takim pobiegłby z wywieszonym jęzorem do Niego krzycząc „weź mnie do siebie”? Co jak co, może inteligencją nie grzeszy, ale na tyle bezmózgi chyba nie jest.
– Wydarzenia w Ministerstwie mogły mieć na niego zły wpływ – podsunął Lucjusz. – Kto wie, czy mu się coś w głowie nie poprzestawiało…
– Uwierz, on miał tam poprzestawiane, gdy tylko pierwszy raz przyszedł do szkoły – warknął Severus. – Ale zgadzam się z Draco. Dzieciakowi można zarzucić wszystko, ale nie zmianę stron. Nigdy nie poparłby Czarnego Pana.
– A nie widzieliście, co on zrobił wczoraj?! – Lucjusz Malfoy, mimo podniesienia głosu, nie tracił opanowania. – Z zimną krwią zabił dwoje dzieci. Dwoje dzieci i jakiegoś faceta. Nie wydawał się tym ani trochę przejęty. To na pewno nie był jego pierwszy raz. Skoro z zimną krwią zabija niewinnych, to czemu miałby nie służyć Czarnemu Panu?
– Nie widziałeś w jakim był stanie? Nie pamiętasz tych ran i siniaków? – Severus również mówił spokojnie, choć lekko podniesionym głosem. – Nie zdziwiłbym się, gdyby był do tego wszystkiego zmuszony.
– A jego słowa wczoraj, zanim poszedł do sypialni? Czy gdyby był zmuszany, nie powiedziałby czegoś? Zamiast straszyć ciebie Nim? Lub czy Czarny Pan pozwoliłby mu wrócić wiedząc, że może o wszystkim wygadać zaraz po powrocie?
– Voldemort prawdopodobnie wie, co powiem, a co nie – odezwał się cichy głos ze strony łóżka. Był zachrypnięty i jakby zmęczony.
Oczy całej trójki zwróciły się w stronę chłopaka, który przyglądał się im spod wpółprzymkniętych powiek.
– Potter! – krzyknął Snape, dość zaskoczony tym, że chłopak się obudził. Po tym, co mu podał, powinien spać do rana. Szybko się jednak opamiętał. – Co masz na myśli?
– Niczego nie zabronił mi mówić. Gdybym chciał, mógłbym przekazać każde słowo, które padło z jego ust. Z jego lub innych Śmierciożerców – zamknął oczy, jakby trzymanie ich otwartych niewiarygodnie go męczyło. Po chwili jednak szeroko otworzył, patrząc już o wiele przytomniej. Spojrzenie, jak i wyraz twarzy stały się twarde. Były maską, spod której nie dało się odczytać żadnych emocji.
– Powiesz, o co w tym wszystkim chodzi? – Mistrz Eliksirów zadał kolejne pytanie. Malfoyowie woleli milczeć, przysłuchując się temu, co Złoty Chłopiec ma do powiedzenia.
– Jeśli chodzi o to, co powiedziałem wczoraj, to powiedziałem prawdę. – oczy koloru Avady wpatrywały się w swojego nauczyciela. – Skąd wiesz, czy nie zmieniłem stron? Twoje zachowanie po powrocie wyraźnie świadczyło o tym, że nie popierasz Voldemorta – osoby będące w pokoju wzdrygnęły się. – Gdybym chciał, to mógłby być twój koniec.
– Gdybyś chciał – podsunął Draco.
– Tak… Gdybym chciał.
Nastała chwila ciszy. Każdy chciał, by odezwał się ktoś inny. Harry za to wiedział, że nie uniknie pytań. Nie zamierzał jednak sam wyrywać się do opowieści, jak i powiedzieć za dużo.
– Po której jesteś stronie? – zapytał w końcu Severus.
– Zawsze byłem po jednej. I to się nigdy nie zmieni. Jedyne, czego chcę, to śmierci tego skurwiela. Jego, jak i jego zabaweczek.
– Potter, język! – Snape zirytował się. Nawet powaga sytuacji jak i tego, co mówił chłopak, nie uprawniały jego zdaniem do takiego zachowania. – Czemu przyłączyłeś się do niego? Już mamy tam szpiegów, w tej wojnie jesteś zbyt ważną postacią, by dać się tak głupio zabić!
– On wie, że nie jestem po jego stronie – odpowiedział krótko.
– Jak to? – ponownie odezwał się młody Malfoy.
– Po prostu. Wie, że jestem po stronie Dumbledore’a. Żywi jednak nadzieję, że zmienię zdanie.
– Jak to możliwe? Czemu? – Mistrz Eliksirów nie dowierzał. Na tyle, na ile znał swego „Pana”, ten nie pozwoliłby, by w jego szeregach była osoba popierająca dyrektora Hogwartu. Wszyscy mają mu być wierni. To wszystko wydawało się zupełną abstrakcją.
– Zawarliśmy pewną umowę.
– Jaką? – Severus musi się chyba przyzwyczaić do tego, że to on ma wyciągać wszystko od nastolatka.
– Taką, o której nie chcę mówić – głos bruneta był zimny, zniechęcający do dalszego wypytywania na ten temat. Uznał, że zamiast czekać na pytania, jednak sam powie wszystko, co chciał przekazać. – Na razie powinno wam wystarczyć to, że jestem ciągle po właściwej stronie. I nie zmienię jej, nie ważne, co powie bądź zrobi Voldemort. – kolejne wzdrygnięcie – Jednak zostałem Śmierciożercą, będę wypełniał jego rozkazy, o ile nie będą wbrew warunkom umowy. Wracam do Hogwartu – tak, wracam, słyszałem waszą rozmowę – i będę się do Niego udawał wtedy, kiedy zechce. Tak jak ty, Snape. I teraz ty, Malfoy. W szkole nikt, ale to nikt nie może wiedzieć o niczym, co miału tu miejsce. W Zakonie Feniksa też. Jedynie Dumbledore, bo on i tak najprawdopodobniej niedługo by na to wpadł. Oficjalną wersją mojego zniknięcia w czasie wakacji było to, że nie wytrzymałem. Śmierć Syriusza, do tego traktowanie przez wujostwo. Zniknąłem na ponad miesiąc i zostałem znaleziony przez was – zwrócił się do Lucjusza. – W ten sposób zyskacie trochę zaufania od reszty członków Zakonu.
– Wszystko zaplanowałeś – warknął Snape.
– Powiedzmy.
– Jednak to, co powiedziałeś, mi nie wystarcza – Severus tracił cierpliwość. – Taki dzieciak jak ty nie będzie mi w niczym rozkazywał!
– Jak chcesz – chłopak wydawał się niewzruszony wybuchem nauczyciela. – Powiedz całemu świata, że ich Wybraniec posiada Mroczny Znak. Wybuchnie panika, ludzie przestaną wierzyć w jedyną nadzieję, wojna zostanie z góry przegrana, gdyż bez wsparcia nie uda mi się wygrać. A już na pewno nie wygram z nim, gdy zamkną mnie w Azkabanie. A gdyby podali mi veritaserum w trakcie przesłuchania i spytali o wszystkie przestępstwa, nie sądzę nawet, bym trafił do więzienia.
Zabroń stawiać się u Voldemorta. On wie, że nie złamię naszej umowy, podejrzenie więc spadnie od razu na ciebie. Gdy zlikwiduje ciebie, poznając, że jesteś szpiegiem, ja dalej będę wolny, za to nasza strona straci przydatnego człowieka.
Powiedz im prawdę, gdzie byłem. Wszystkim. Od razu stracisz zaufanie, nie tylko ty, ale i Malfoyowie. Bo kto uwierzy, że mimo, iż przebywałem z Voldemortem przez miesiąc, wy, którzy bywaliście tam tak często, nie zauważyliście mnie. Mogliby uznać, że specjalnie nic o mnie nie mówiliście. Również mi przestaną ufać, co może być zgubne w skutkach w późniejszych etapach wojny.
Rób co chcesz. Twój wybór – zakończył. – Dla mnie bez różnicy.
W pomieszczeniu ponownie zapanowała cisza. Ślizgoni myśleli o słowach chłopaka. Sam zainteresowany spróbował zmienić pozycję. Syknął jednak, czując ból w wielu miejscach. Zamknął oczy, próbując zdusić go w sobie.
– Co on ci zrobił? – tym razem pytanie zadał Draco, patrząc uważnie na bruneta.
– Nic, z czym nie można byłoby dalej żyć – mruknął, próbując się wygodniej ułożyć, starając się nie okazać bólu. W końcu znalazł idealną pozycję.
– Co on ci zrobił? – Ślizgon nie dawał za wygraną. – Gdzie się podział ten pieprzony bohater od siedmiu boleści, którego od pięciu lat widuję codziennie na korytarzach? Bo ty nim na pewno nie jesteś.
– Masz racje. Nie ma go – głos bruneta był ciągle przerażająco zimny. – Nie ma i już nie będzie. Możecie się cieszyć. Złoty Chłopiec, którego tak nienawidziliście, zginął w chwili, gdy zawarł układ z Voldemortem. I, cholera, przestańcie tak się zachowywać! Jak chcecie go zniszczyć, bojąc się nawet jego imienia? Nawet nie imienia!
– Powiedz w tej chwili, co tam się działo – rozkazał Severus. Miał już dość tego wszystkiego. A dzieciak wcale nie pomagał, odzywając się do nich w ten sposób.
– Nie – głos nastolatka był przesiąknięty chłodem, tak jak i jego spojrzenie, którym obrzucił swego nauczyciela. – Nie będę siedział i zwierzał się wam jak na spowiedzi ze wszystkiego, co robiłem. Przynajmniej nie teraz. W tej chwili wystarczy wam to, co powiedziałem. Musicie zaufać, że ciągle jestem po tej samej stronie. A jeśli nie wierzycie… I tak musicie sobie odpuścić, przecież nie chcecie wkurwić Czarnego Pana.
Uznawał rozmowę za zakończoną. Ponownie zmienił pozycję, sycząc cicho z bólu i odwracając się do nich plecami.
Mężczyźni wiedzieli, że w tej chwili już nic z chłopaka nie wyciągną. A gdyby próbowali, mogliby wszystko jeszcze bardziej pogorszyć. Wyszli więc, idąc w ciszy do salonu, dopiero tam pogrążając się w rozmowie przy co raz to kolejnych kieliszkach.
W pomieszczeniu, oprócz Pottera, został tylko Draco, zapomniany przez swoich opiekunów. Zupełnie nie wiedział, co ma robić. Jeszcze nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji.
Po dłuższej chwili milczenia, postanowił jednak przemówić.
– Czemu to zrobiłeś? – spytał.
Odpowiedziała mu cisza. Myślał, że brunet mógł już zasnąć, jednak szybko odrzucił od siebie ten pomysł. Było to o wiele za szybko. Szczególnie po takich koszmarach, jakie miał przed ich przybyciem.
Myśląc, że nie uzyska odpowiedzi, westchnął zrezygnowany. Już chciał wstawać, jednak usłyszał cichy głos. Cichszy, niż kiedykolwiek, jaki słyszał u Pottera.
– Uwierz, zrobiłem wiele rzeczy. I dla większości z nich nie mam wytłumaczenia. Za resztę z nich odpowiada moja przeklęta gryfońskość.
– Morderstwo zalicza się do tego pierwszego, czy drugiego?
– Które?
Oboje nie zwrócili uwagi na to, że prawdopodobnie pierwszy raz rozmawiają spokojnie, bez kłótni, wyzwisk, walki.
Nie czekając na odpowiedź, Potter ponownie się odezwał.
– Nie mogłeś spać, prawda? – chociaż było to w formie pytania, bardziej brzmiało jak stwierdzenie. Draco spojrzał na niego zdziwiony. – Nie możesz wybaczyć sobie tego, że zabiłeś. Dziwisz się sobie, jak to się dzieje, że masz takie uczucia po zabiciu zwykłego mugola.
Zamknął oczy, tak, jakby się zamyślił.
Blondyn z szeroko otwartymi oczami patrzył na bruneta. To było tak, jakby ten czytał mu w myślach. Czekał na dalszą część, która jednak nie nadeszła.
Nie zamierzał pokazywać swojego zdziwienia tymi słowami, chociaż wiedział, że prawdopodobnie Potter dobrze o tym wie. Sam również nic nie powiedział, nie zamierzając zwierzać się osobie, którą nienawidził przez pięć lat. I którą ciągle nie darzy sympatią.
Siedzieli więc w ciszy. Potter leżał na skraju łóżka, zwrócony do młodego Malfoya plecami. Drugi nastolatek podsunął się, korzystając z danego mu miejsca – jeśli można to tak nazwać. Oparł się i zapatrzył przed siebie.
Nie zasnęli, pogrążeni każdy w swoich myślach.
Nigdy wcześniej nie pomyśleliby, że kiedykolwiek mogliby wytrzymać w swoim towarzystwie choćby kilka minut bez powiedzenia czegoś zgryźliwego. Jednak ta cisza, panująca wtedy miedzy nimi, była pomocna. Nie była niezręczna, a nawet wręcz przeciwnie. Malfoy siedział z poczuciem że Potter rozumie to, co on czuje, za to brunet, że nie jest sam. W tej chwili właśnie to było dla nich najbardziej potrzebne.
Po dwóch godzinach w pomieszczeniu aportował się skrzat domowy informujący, że śniadanie jest gotowe. Draco wrócił do swojego pokoju, ubrać się, w sypialni gościnnej zrobił to też Harry. Nawet nie wiedział, kiedy kufer z jego rzeczami pojawił się w nogach łóżka. Nie widział go ponad miesiąc…
W środku było wszystko tak jak wtedy, gdy zostawił go na Privet Drive 4. Jedynie pojawiły się nowe książki oraz inne rzeczy potrzebne na ten rok szkolny. Chłopak nie wątpił, że była to załuga Voldemorta, bądź jednego z jego ludzi.
Zauważył, że ubrania leżą na nim jeszcze gorzej, niż kiedyś. Wystarczająco wielkie były przed wakacjami, w końcu wszystkie dostał po swoim kuzynie, Dudley’u. Teraz jednak schudł, zmizerniał, określenie „wrak człowieka” nie byłoby w tym przypadku przesadą. Przynajmniej się lepiej czuł i jego ciało nie było w takim stanie, jak jeszcze wieczorem. Chociaż i tak każdy kto zobaczyłby go bez ubrania zastanawiałby się, czy przypadkiem nie powinien leżeć teraz w szpitalu.
Postanowił ubrać się podobnie do tego, co miał na sobie poprzedniego dnia. Ciemne jeansy, utrzymujące się na jego biodrach tylko dzięki mocno ściśniętemu paskowi oraz czarną bluzę z kapturem zarzuconą na głowę, z czerwonym podkoszulkiem pod spodem. Sam wiedział, że wyglądał koszmarnie. Nic jednak nie mógł na to poradzić. Zresztą jego wygląd był czymś, co w tej chwili interesowało go najmniej.
Gdy zszedł na dół, pozostała trójka już siedziała przy stole. Rozmawiali przyciszonymi głosami, lecz gdy tylko go zobaczyli, umilkli. Nie trudno było chłopakowi domyślić się, że rozmowa dotyczyła właśnie jego.
Usiadł na przygotowanym dla siebie miejscu. Skrzaty naprawdę się postarały, przygotowane były różne rodzaje kanapek, tosty, jajecznica, smażony bekon, płatki na mleku, dzbanek z kawą, herbatą i sokiem dyniowym. Nie miał jednak najmniejszej ochoty na jedzenie.
Tylko dorośli mieli apetyt, gdyż ich talerze były zapełnione. Draco męczył się z kilkoma kanapkami, patrząc na nie z obrzydzeniem. Potter domyślał się, że taki stan potrwa jeszcze kilka dni. W końcu zabicie kogoś… A co dopiero gdy nastolatek zabije dziecko… To naprawdę ma duży wpływ na psychikę. Wiedział to z własnego doświadczenia.
Wziął sobie jednego tosta. Ugryzł go zaledwie trzy razy, po czym odłożył na talerz. Jak na razie tyle dla niego wystarczyło.
Ciszę panującą od momentu, gdy wszedł do jadalni, przerwał Severus.
– Potter, czy ja mam ciebie niańczyć? Co jak co, ale wydaje mi się że masz na tyle w głowie, by wiedzieć, że trzeba jeść. Już i tak wyglądasz jak kościotrup.
– Dziękuję, ale nie jestem głodny – odpowiedział nastolatek, odsuwając od siebie talerz.
Snape już nic nie powiedział. Nie sądził, by do jego obowiązków należało niańczenie Chłopca, Który Niestety Przeżył. Ponownie zapanowało niezręczne milczenie. Potter doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest mile widzianym gościem w tym domu. I że narobił nie mało kłopotów gospodarzowi.
W tej chwili jednak niezbyt go to interesowało.
Do czasu, aż obydwaj mężczyźni się nie posilili, słychać było tylko uderzanie sztućców o talerz. Gdy Snape odsunął od siebie talerz, oznajmił Lucjuszowi:
– Idę, muszę przygotować się do rozpoczęcia roku szkolnego. I tak nadużyłem już twojej gościnności.
Ukłonił się, po czym zniknął korzystając z sieci Fiuu.
Lucjusz Malfoy zwrócił się do nastolatków.
– Skrzaty zajęły się już waszymi rzeczami, oba kufry znajdują się już w samochodzie – oznajmił. – Panie Potter, pan jedzie z nami, tak, jak obiecaliśmy to Czarnemu Panu. Draco, mam nadzieję, iż nie muszę ci mówić o tym, jak masz zachowywać się w Hogwarcie. Nikt nie może wiedzieć o tym, że posiadasz Czarny Znak. Będzie to trudne, ale wierzę, że sobie z tym poradzisz. Jeśli coś się stanie, Severus zawsze cie wysłucha, albo przekaże mi.
Wstał od stołu i w tym samym momencie aportowały się trzy skrzaty domowe, by pozbierać ze stołu.
We trójkę ruszyli do samochodu znajdującego się przed posiadłością. Przypominał miniaturową, czarną limuzynkę. Nic dziwnego – w końcu Malfoyowie nigdy by nie wsiedli do żadnego grata. Widać było, że pojazd należał do rodziny magicznej. Wnętrze wyglądało bowiem jak nieduży salon.
Blondyni rozsiedli się wygodnie w fotelach, każdy z nich wziął do ręki książkę ze stojącej obok biblioteczki. Harry dziwnie czuł się takich luksusach. Usiadł w kącie, przy oknie, wpatrując się w mijane krajobrazy.
Podróż nie zajęła im dużo czasu, prawdopodobnie to również było za sprawą magii. Samochód zatrzymał się przy stacji Kings Cross, jednak wysiedli z niego tylko nastolatkowie. Lucjusz bowiem, korzystając z okazji, jechał do Ministerstwa.
Chwycili każdy swój kufer – tu Harry się zdziwił. Był pewny, że Malfoy nie zniżyłby się do dźwigania swoich rzeczy i wyręczył się lokajem, bądź Bóg wie czym – i weszli na stację.
Tam było wiele ludzi, bowiem nie tylko magiczne dzieci zaczynały naukę pierwszego września. Niektórzy również jeździli do szkoły z internatem. Inni jechali pociągiem do pracy, bądź wracali z niej. Chłopcy nie zwracali jednak uwagi na innych, skierowali się prosto do barierki pomiędzy peronem dziewiątym, a dziesiątym.
– Pewnie nie możesz się doczekać, aż trzej muszkieterowie znowu będą razem – zakpił Malfoy, chcąc przerwać ciszę panującą między nimi. Zauważył, że przez zimną maskę widniejącą na twarzy bruneta przeszedł grymas. To był dla niego szok. Co jak co, ale był pewny, że ta trójka jest nierozłączna. Czy Potter naprawdę aż tak się zmienił?
Czekał chwilę na odpowiedź bruneta, bezskutecznie. Spróbował więc ponownie.
– Powiesz im o wszystkim?
– Tak, jasne – w głosie nastolatka pobrzmiewała ironia. – O niczym więcej nie marzę jak o tym, by moi przyjaciele odwrócili się ode mnie.
Malfoy uśmiechnął się do siebie.
– Od zawsze wiedziałem, że na Wieprzlejów i szlamy nie można liczyć – powiedział pewnym siebie głosem, jakby właśnie otrzymał Order Merlina z rąk samego Ministra Magii.
– Jeszcze jedno słowo na ich temat – warknął brunet. Ton, jakim to powiedział, nie wróżył niczego dobrego. Blondyn nigdy by się do tego nie przyznał, nawet pod groźbą śmierci, ale w tej chwili przeszły go ciarki.
– Wrzuć na luz – Malfoy, wbrew sobie, starał się jakoś załagodzić atmosferę. Nie wiedział, do czego Nowy Potter jest zdolny. – A więc podrzucisz im tę samą bajeczkę, co reszcie?
– Tyaa… Chociaż nie sądzę, by Miona w to uwierzyła. Aż do teraz, zupełnie o nich zapomniałem.
Draco wybuchnął śmiechem. Głośnym, rozbawionym. Harry pierwszy raz usłyszał ten śmiech. I uznał, że śmiejący się tak Malfoy, mógłby uchodzić za normalnego człowieka, a nie za pieprzonego arystokratę, jakiego zawsze z siebie robi.
– Nigdy bym nie uwierzył, że kiedykolwiek byś zapomniał o swoich podlotkach – blondyn powiedział, gdy się w miarę uspokoił.
– Uwierz, przez ostatni czas miałem trochę na głowie.
Iskierki rozbawienia, które jeszcze kryły się w oczach blondyna, znikły momentalnie. Wiedział, choćby mniej więcej, o czym mówił Potter.
I chciał wiedzieć więcej.
– Potter, musimy porozmawiać – oznajmił. – Co ty na to: uchronię cię przed twoimi kumplami w czasie podróży, za to ty odpowiesz mi na kilka pytań? – jego ton był nieznoszący sprzeciwu, chociaż w głębi duszy nie był tego wcale taki pewny. Jednak potrzebował rozmowy. Na temat swojej przyszłości, służby u Czarnego Pana. Ojca bał się spytać, Severusa i tak już męczył pytaniami. W tej chwili Potter wydawał się wprost idealną osobą. Choćby dlatego, że byli – choćby po części – w podobnej sytuacji.
– Ale od razu mówię, że nie na wszystkie pytania odpowiem – zastrzegł młody Śmierciożerca.
Dotarli do barierki, po czym, udając, że się o nią zwyczajnie opierają, przeszli na drugą stronę.
seria: Harry Potter
„Oczy koloru Avady”
02
Żaden ze sług Voldemorta nie był w stanie przerwać tej ciszy. Słowa Czarnego Pana brzmiały w głowach zebranych. „Przyjmuję cię w moje szeregi. Od dziś jesteś jednym ze Śmierciożerców, Harry Potterze.”
Pierwsza z otępienia wyrwała się osoba, która była najbliżej zakapturzonej postaci. Draco Malfoy jednym zamaszystym ruchem ściągnął kaptur z głowy drugiej osoby.
Cisza została przerwana szeptami i kilkoma okrzykami zdziwienia. Najgłośniej jednak krzyknęli Snape i młodszy Malfoy:
– POTTER?!
Oczy wszystkich skupione były na klęczącym chłopaku, zdającym się nie zwracać uwagi na całe to zamieszanie wywołane jego osobą.
Zmienił się, odkąd wszyscy widzieli go ostatni raz. Włosy, chociaż czarne, nie przypominały już tego gniazda, które zawsze miał na głowie. Były teraz kilka centymetrów dłuższe – o dziwo, bo jak mogły tyle urosnąć w ciągu zaledwie miesiąca? Grzywka idealnie osłaniała czoło. W końcu nie musiał martwić się tym, że tak znienawidzona przez niego blizna była widoczna. Jednak była trochę za długa, gdyż wpadała w te duże oczy koloru Avady, nieosłonione okularami, które zawsze znajdywały się na jego nosie.
Twarz była szczuplejsza niż kiedyś, blada, wymęczona, z workami pod oczami. Widniały na niej również nieliczne zadrapania. Niektóre prawie wyleczone, inne zupełnie nowe.
Wpatrywał się uparcie w Czarnego Pana, który zdawał się być zadowolony z tego, co miało miejsce. Nie były to jednak jego oczy. Oczy, które wszyscy znali, były oczami dziecka. Pełnymi nadziei, energii, życia. Te były puste. Mimo że pozornie nic się nie zmieniło, kolor ten sam jak zawsze, to jednak te wydawały się oczami człowieka po przejściach. Człowieka, który nic już nie chce przejść.
Severus Snape, po tym, jak wykrzyknął imię dzieciaka, zamilkł. Nie mógł uwierzyć w to, że ponad miesiąc wszyscy poszukują chłopaka, a ten siedzi sobie teraz, jak gdyby nigdy nic, w kwaterach Czarnego Pana. Początkowo nie zwracał uwagi na zmiany, jakie zaszły w nastolatku. Dopiero po dłuższej chwili uświadomił sobie, że to nie jest ten bezczelny dzieciak, którego znał przez pięć lat.
Nie. To jest teraz Śmierciożerca. Bezwzględny człowiek Czarnego Pana, bez sumienia. W końcu Harry Potter którego znał nie byłby taki. Nie klęczałby przed znienawidzoną osobą, jak wierny sługa. Nie miałby takich pustych oczu. Nigdy nie użyłby zaklęcia niewybaczalnego. Nigdy nie zabiłby… Dziecka.
Draco Malfoy również nie wierzył w to, co widzi. Mimo iż znajdował się najbliżej chłopaka, wydawało mu się, że ma przewidzenia. To nie mógł być Złoty Chłopiec, Wybraniec, Dziecko Szczęścia, Promyczek Dobra, czy jak tam jeszcze można go nazwać. To nie był on. Nie on…
Przerażony odskoczył do tyłu, wstając i cofając się o kilka kroków.
Lord Voldemort był zadowolony z poruszenia, jakie wywołał.
– Avery – zwrócił się do jednego z Śmierciożerców pogrążonego w dość głośnej rozmowie. Mimo hałasu, jaki panował w pomieszczeniu, jego głos był bardzo dobrze słyszalny. – Przynieś szaty dla tych dwóch.
Mężczyzna szybko się wycofał, by spełnić wolę swojego Pana.
Słowa Voldemorta obudziły jednak innych, którzy zaczęli domagać się wyjaśnień.
– Panie, co to ma znaczyć?! – wykrzyknął jeden z nich.
– Czemu Potter tu jest? – spytał drugi.
– Panie, czy nie chciałeś zabić tego chłopaka? – dopytywał się kolejny.
Wystarczyło podniesienie ręki przez Voldemorta, by cała wrzawa ucichła. Dopóki się nie odezwał, co trwało kilka sekund, słyszany był jedynie szloch wciąż żyjącego chłopczyka, skulonego gdzieś w kącie pomieszczenia.
– To moja decyzja, by pan Potter został jednym z nas. Czy ktoś z was ma coś przeciw temu? – spytał, dobrze wiedząc, że nikt nie ośmieli się nic powiedzieć. Czekał jednak chwilę, by stworzyć pozory. – Osobiście uważam, że pan Potter nadaje się idealnie na Śmierciożercę, co mogliście sami zobaczyć przed chwilą. Nie będzie też od teraz sprawiał nam tylu kłopotów, co wcześniej. Prawda, panie Potter? – zwrócił się do klęczącego przed nim chłopaka.
– Tak – odpowiedział brunet, patrząc prosto w oczy Voldemorta. Jego głos, choć cichy, był dla wszystkich dobrze słyszalny. – Wszystko będzie tak, jak ustaliliśmy.
– Ale Panie… – głos zabrał jakiś mężczyzna. – Nie sądzisz, że on może ciebie zdradzić? To przecież Złoty Chłopiec, to może być pułapka!
Ku zdziwieniu wszystkich, Lord Voldemort wybuchnął śmiechem. Nie było w nim jednak ani cienia rozbawienia.
– Mam swoje powody, by wiedzieć, że tak się nie stanie.
W tym czasie powrócił Avery z dwoma szatami i maskami Śmierciożerców. Jeden komplet podał młodemu Malfoyowi, z drugim zbliżył się do wciąż klęczącej postaci. Ta wstała i skinęła głową, odbierając ubranie. Bez słowa założył ją na siebie, na głowę zarzucając kaptur.
Voldemort wstał, podchodząc do chłopaka i kładąc mu dłoń na ramieniu. Oczy wszystkich skupione były na tej dwójce.
– Dzisiejsze spotkanie miało być przywitaniem nowej dwójki w naszym gronie – oznajmił. – Ale skoro ktoś jeszcze został – posłał znaczące spojrzenie siedzącemu w kącie chłopcu – można się za…
– Avada Kedavra – wymamrotał Potter, wskazując różdżką płaczącą postać. Szloch urwał się, a ciało osunęło się po ścianie.
– …bawić… – skończył czarnoksiężnik, posyłając nowemu Śmierciożercy nieprzyjemne spojrzenie. Wielu na sam widok robiło się nieprzyjemnie. Chłopak wydawał się być jednak niewzruszony.
– Już nic nie zostało – wzruszył ramionami, jak gdyby nigdy nic. Ciągle mówił cichym, lekko zachrypniętym głosem, pozbawionym wszelkich emocji. – Sam mówiłeś, że trzeba pozbywać się śmieci.
Śmierciożercy myśleli, że Czarny Pan wpadnie w furię. Zabije chłopaka. Zacznie rzucać Crucio na kogo popadnie. Nikt jednak nie spodziewał się tego, że się uśmiechnie. Że będzie zadowolony. Jednak jego u ścisk na ramieniu nastolatka lekko się zacieśnił, po czum puścił bruneta.
– Malfoy, Potter, stańcie w kręgu – rozkazał, nie wspominając już o wydarzeniu, które miało przed chwilą. – Snape, Malfoy, zróbcie miejsce między sobą.
Mężczyźni posłuchali się swego Pana, rozsuwając się na tyle, by zmieściła się tam dwójka nastolatków, która chwilę później stanęła w przeznaczonych dla siebie miejscach.
Snape czuł się dziwnie czując, że chłopak, który uważany był przez wielu za zbawcę świata, może okazać się jego zagładą, a teraz stoi właśnie koło niego.
Nikt nie odważył się powiedzieć nic więcej, do czasu, aż Czarny Pan ponownie nie przemówił.
– Jak wiecie, szykujemy coś większego. Dlatego róbcie to, co do was należy, wezwę was, gdy nadejdzie czas. Severusie, Lucjuszu, Draco i Harry… Zostańcie jeszcze na chwilę.
Reszta osób pokłoniła się nisko, po czym opuściła salon. Zostało tylko pięć osób. Voldemort czekał, aż ostatni z nich zamknie za sobą drzwi, po czym ponownie zajął miejsce w swoim fotelu, patrząc uważnie na zebranych.
Pierwszy odezwał się Lucjusz.
– Tak, Panie?
Voldemort jeszcze przez chwilę milczał, aż jego wzrok nie zatrzymał się na Harrym. Ich spojrzenia spotkały się, przeszywając się nawzajem.
– Harry Potter otrzymał Mroczny Znak – oznajmił po chwili namysłu, ciągle patrząc na młodego Śmierciożercę.
– Wiemy, Panie – powiedział Snape, starając się nie pokazać po sobie swojego zdezorientowania. Chciał dowiedzieć się, co się dzieje, co to wszystko ma znaczyć. Natychmiast.
– W związku z tym – kontynuował Czarny Pan – będzie potrzebował pomocy w Hogwarcie. Nie będzie za dobrze, gdy cały czarodziejski świat dowie się, że ich Nadzieja jest jednym z nas – wprawny słuchacz mógłby usłyszeć w jego głosie malutką iskierkę rozbawienia. – Ten stary Drops pewnie niedługo na to wpadnie, przed nim niczego nie da się ukryć. Gorzej będzie, gdy dowiedzą się o tym uczniowie. Dobrze wiecie, że nie jest mi na rękę, gdy jeden z moich ludzi siedzi w Azkabanie. Dlatego tu rozpoczyna się wasza rola – w końcu odwrócił swój wzrok od chłopaka i spojrzał na młodego Malfoya oraz Snape’a. – Macie być jego wsparciem. Pomożecie mu również się do mnie dostać za każdym razem, gdy będę wzywał. Severusie, to samo tyczy się też tego młodego człowieka – wskazał na Draco. – Powierzam tych dwóch twojej opiece. Ufam tobie.
Mistrz Eliksirów skinął głową. To, że puszcza Złotego Chłopca oznacza, że będzie mógł z nim porozmawiać i dowiedzieć się wszystkiego, co go gnębi.
– Lucjuszu – Voldemort zwrócił się do drugiego mężczyzny. – Kazałem tobie przygotować na tę noc dodatkową sypialnię. Wierzę, że wypełniłeś moje polecenie? – Malfoy senior potwierdził skinieniem głowy. – Pan Potter zostanie więc u ciebie na dzisiejszą noc by uniknąć nieprzyjemności związanych z nagłym pojawieniem się wśród przyjaciół. Jutro ma stawić się na peronie numer 9 i ¾. Ufam że dopilnujesz tego, skoro twój syn również jedzie do Hogwartu.
Lucjusz Malfoy ponownie skinął głową, dając znać, że przyjął polecenia. Voldemort machnął więc ręką, odprawiając ich.
Cała czwórka ukłoniła się nisko, po czym opuściła pomieszczenie.
Szli w milczeniu przez korytarze oświetlone jedynie przez pochodnie, aż w końcu wyszli na ciemne podwórko. Zmrok zapadł już dawno. Nikt nie chciał się odezwać, lecz ktoś musiał to zrobić.
– Potter, złap się mnie – warknął Severus Snape. – Przeniesiemy się teraz do Malfoy’s Manor.
Chłopak bez żadnych zbędnych słów złapał swojego profesora za ramię. Chwilę później się deportowali.
Harry Potter zdołał przyzwyczaić się już do teleportacji. Na początku niosło to za sobą nieprzyjemne uczucie w żołądku, kilka razy zdarzyło mu się wymiotować. Teraz jednak równie dobrze mógł po prostu zrobić zwykły krok, nie różniło się to dla niego praktycznie niczym.
Aportowali się przed wielką, mosiężną bramą. Dalej, jak okiem sięgnąć, był jedynie wysoki mur. Nikt jednak nie zwracał na to wszystko uwagi.
Lucjusz Malfoy chwycił za klamkę i pociągnął ją w dół, otwierając tym samym wejście na teren posiadłości.
Znaleźli się w wielkich ogrodach, nic jednak nie dało się dostrzec przez panującą ciemność. Tej nocy nawet chmury przysłoniły księżyc, tak wiec jedynymi jasnymi punktami było kilka okien rezydencji znajdującej się przed nimi. Ruszyli szybkim tempem w tamtą stronę.
Gdy tylko zbliżyli się do drzwi wejściowych, te same się otworzyły, wyczuwając magię właściciela. Lucjusz Malfoy nie zawracał sobie głowy grzecznościami, jakimi było choćby zaproszenie do środka. Wszyscy weszli za nim i skierowali się do salonu, idąc za panem domu.
Mężczyzna zdjął z siebie szatę pozostając w mugolskich ubraniach i rzucił ją skrzatowi, który pojawił się znikąd. Usiadł na fotelu, patrząc na swoich gości.
Jego syn poszedł w ślady ojca, za to Snape i Potter jedynie zsunęli kaptury z głów.
– Gdzie jest pokój, w którym mam zatrzymać się na noc? – spytał Wybraniec. Nie chciał się odzywać, tym bardziej jednak nie chciał odpowiadać w tej chwili na pytania, które na pewno się pojawią. Jego głos, jak i oczy ciągle były puste, bez wyrazu. Takim wzrokiem patrzył na swego gospodarza.
Wbrew jego oczekiwaniom, jego słowa pozwoliły wybudzić się z zamyślenia. A pierwszy otrząsnął się Snape, który rzucił się na niego, popychając na ścianę i trzymając go mocno za ramiona, tak, że nie miał szans się uwolnić.
– Coś ty sobie wyobrażał, przeklęty dzieciaku?! – wykrzyknął. Był wkurwiony. Cholernie. Wszystkie uczucia, które ukrywał od ponad miesiąca, skumulowały się w nim właśnie w tej jednej chwili. A swoją złość chciał wyżyć na brunecie.
Chłopak jękną cicho, uderzając głową o ścianę. Zamroczyło go na sekundę, lecz szybko się otrząsnął.
– Co ci odwaliło, by przyłączyć się do Czarnego Pana?! Czy Złotemu Chłopcu w końcu odwaliło do reszty?! Nie było żadnych wiadomości w gazetach, to musiał znowu sobie zapewnić rozgłos?! Czy ty wiesz, kim jest Czarny Pan, do cholery?! Myślisz, że…
Umilkł, napotykając spojrzenie chłopaka. Sam nie wiedział, co w nim takiego było, że uczy szyło samego Mistrza Eliksirów. To na pewno nie były oczy osoby, którą znał przez pięć lat.
Cofnął się o krok, puszczając nastolatka.
– Snape, nie uważasz, że nie powinieneś tak mówić przy słudze Voldemorta? – warknął, chociaż jego głos ciągle był pusty. – Jeśli zamierzasz udawać szpiega Dumbledore’a i zwierzaczka Voldemorta, powinieneś się bardziej postarać. Każdy domyślny Śmierciożerca odkryłby twój mały sekrecik widząc, jak traktujesz kogoś za to, że przyłączył się do niego. Ja w każdej chwili mógłbym mu o tym powiedzieć. I uwierz, że w tym wypadku moje słowo byłoby dla niego bardziej wiarygodne.
Mistrz Eliksirów zamarł. Trójka Ślizgonów wpatrywała się z przerażeniem w Chłopca, Który Przeżył. Żaden z nich nie wierzył w to, co słyszy.
– To gdzie jest mój pokój? – ponownie spytał. Nikt nie zwracał uwagi na to, że niekulturalnie jest się tak zachowywać w czyimś domu.
– Potter – głos ponownie zabrał nauczyciel. – Pozwól się najpierw zbadać. Nie wyglądasz za dobrze.
– Ale dobrze się czuję – odpowiedział.
Malfoy senior zawołał skrzatkę, by zaprowadziła chłopaka do przygotowanego specjalnie dla niego pokoju. Ten odszedł ze stworzeniem, nie racząc reszty nawet spojrzeniem. Cała trójka odetchnęła dopiero wtedy, gdy za brunetem zamknęły się drzwi.
– Co to wszystko ma znaczyć? – spytał Draco. Był już zupełnie zmieszany. Nie dość, że tak nagle został wezwany przed oblicze Czarnego Pana by dołączyć w jego szeregi, to jeszcze okazało się, że ten… ten… bohater od siedmiu boleści, w którym tyle osób pokładało nadzieję, jest jednym z jego sługusów!
– Nie wiem, Draco, nie wiem… – westchnął Lucjusz. Sam nie wiedział, co myśleć. Zmienił strony. Naraził się Czarnemu Panu, pokładając nadzieję w tym dzieciaku, który teraz zajął jego miejsce u boku Voldemorta.
– To nie jest Potter, którego znam – kontynuował Ślizgon. – Tamten poświęcał się średnio pięć razy na dzień nawet za zdeptanego karalucha. A on… Merlinie… – umilkł. Nie był już w stanie nic powiedzieć. Przed oczami ponownie stanęło mu to, jak zakapturzona postać rzuciła Avadę w niemowlę. Albo Potter, z powodu zachcianki, w skulonego w kącie chłopaka. Przy tym wszystkim sam nie zwracał uwagi na to, że kogoś zabił. Teraz. Bo już niedługo świadomość tego miała w niego uderzyć całą mocą.
W pokoju zapanowała cisza, wszyscy zajęli się własnymi myślami. Nikt nie wiedział, co powiedzieć. To wszystko, co się działo, wydawało się dla nich jakimś sennym koszmarem.
Gdy drzwi otworzyły się, witając skrzata domowego, oczy wszystkich zwróciły się na to biedne stworzenie. Skrzatka wydawała się przerażona, rozejrzała się, po zebranych, jakby zastanawiając się, czy może coś powiedzieć.
– Czego chcesz? – warknął Lucjusz. Nie miał teraz ochoty na zadawanie się ze służbą.
– Pański gość, sir – odezwała się skrzatka, mnąc róg worka, który służył jej za ubranie. Te słowa zainteresowały wszystkich. W tej chwili w Malfoy’s Manor, oprócz nich, przebywała tylko jedna osoba. – Skrzeczka uważa, że natychmiast przydałby mu się medyk… – skuliła się w sobie, czekając na reakcję swego pana. Zdziwiła się jednak, nie słysząc krzyków.
– Czemu? – spytał Lucjusz spokojnym głosem.
– Ten chłopiec, sir, jest w bardzo złym stanie. Ledwo trzyma się na nogach. Jest wychudzony, a na całym ciele są rany i siniaki. Gdy tylko dotarł na górę, wymiotował, krzyczał, a potem chyba zemdlał, jak tylko znalazł się przy łóżku, sir. Skrzeczka przeprasza, że o tym mówi, ale Skrzeczka boi się, że jeśli coś złego stanie się w posiadłości jej pana, pan będzie miał kłopoty, sir.
Ukłoniła się nisko, tak, że czubek jej długiego nosa dotykał podłogi.
Trójka mężczyzn poderwała się z miejsca i ruszyła na górę. Nie biegli, bo i Malfoy’om, i Mistrzowi Eliksirów takie zachowanie nie przystoi. Szybki marsz można jednak było porównać do biegu.
Pierwszy do pomieszczenia wpadł najmłodszy z nich, Draco. Jednym ruchem różdżki sprawił, że kilka świec stojących na nowoczesnych meblach zapaliło się, oświetlając pomieszczenie słabym światłem. Podszedł od razu do łóżka, stojącego na środku ściany naprzeciw drzwi. Było ono wielkie, takie, na którym swobodnie mogłyby zmieścić się trzy dorosłe osoby, mając jeszcze miejsce dla siebie.
Za chłopakiem do pomieszczenia weszła pozostała dwójka, ze skrzatką depczącą po piętach swemu panu. Dołączyli do nastolatka, wpatrując się w postać na łóżku.
Prawdopodobnie nie była nawet w stanie się położyć jak człowiek, przykrywając się tą grubą, bordową kołdrą. Leżał za to na niej, jak gdyby stracił przytomność przy samym łóżku. Albo od razu wtedy, gdy tylko się na nim znalazł.
Pewnie jedyne, co zdążył zrobić, to się rozebrać. Był bowiem w samej bieliźnie. Dzięki temu można było zobaczyć stan, w jakim się teraz znajdował.
Skrzatka nie żartowała.
Z twarzą chłopaka mogli zapoznać się już wcześniej. Teraz wyglądała jednak jeszcze gorzej. Bledsza, niż gdy widzieli go na dole. Wymęczona, mogłaby być twarzą kilkudziesięcioletniego mężczyzny po przejściach. Worki pod oczami jeszcze bardziej się odznaczały, tak jak kilka mniejszych ranek oraz blizn. Za to ta, w kształcie błyskawicy, wyglądała, jakby ktoś właśnie namalował ją krwistoczerwonym markerem. W końcu nie była zasłonięta przez grzywkę, która razem z resztą włosów tworzyła wokół głowy chłopaka mroczną aureolę.
Wyglądał, jakby nie jadł cały ten czas, jaki znajdował się u Voldemorta. Chociaż Snape z dobrych źródeł wiedział, że głodówka mogła rozpocząć się wraz z rozpoczęciem wakacji i zamieszkaniem z wujostwem. To, jak ci mugole traktowali chłopaka nie było tajemnicą.
Prawdopodobnie wszystkie kości były dobrze widoczne, okryte jedynie cienką warstwą skóry. Wszędzie widniały rany i zadrapania – mniejsze lub większe, już prawie zaleczone, bądź takie, które powstały całkiem niedawno. Przy niektórych była jeszcze nawet zaschnięta krew, kilka wyglądały tak, jakby wdało się w nie zakażenie. Najgorsze były chyba te największe – robione prawdopodobnie specjalnie, nożem, podłużne, lub układające się w jakieś dziwne wzorki.
Duża część ciała miała nieprzyjemny fioletowy, zielony, bądź żółty kolor. Siniaki były prawie wszędzie. Nie tylko plamy, ale można by przyznać, że na podbrzuszu widnieje odcisk buta.
Na lewym ramieniu widniał Mroczny Znak, świecący żywymi kolorami, wyglądający tak, jakby wąż miał zaraz się poruszyć. Przynajmniej na rękach nie było tyle siniaków, chociaż były bardzo poranione. Najgorsze były jednak nadgarstki, na których widniało tyle cienkich pręg, które z daleka wyglądały jak jeden wielki strup. Jakby skóra została zerwana, a teraz się powoli regenerowała.
Mistrz Eliksirów miał dziwne wrażenie, że były to jedyne rany, które chłopak zrobił sobie sam.
Od chłopaka czuć było nieprzyjemny zapach wymiocin.
Draco Malfoy cofnął się kilka kroków, nie mogąc dłużej patrzeć na ten wrak człowieka, który był niegdyś Jedyną Nadzieją Świata. Nie wierzył że to ten sam Potter, którego nienawidził przez pięć lat, z którym tak często się kłócił, walczył…
Od samego widoku jak i zapachu zrobiło mu się niedobrze. Ostatkiem sił powstrzymał się, by nie pójść śladami Pottera i nie skończyć w łazience. Zrobił to tylko z myślą, że Malfoy’om nie przystoi.
– Draco, możesz iść do swojego pokoju – powiedział Lucjusz po kilku minutach wpatrywania się w bezwładne ciało na łóżku, przerywając ciszę. Nie musiał się nawet odwracać by wiedzieć, w jakim stanie znajduje się blondyn. – Z Severusem zajmiemy się Potterem.
Chłopak stał przez chwilę w miejscu, nie odzywając się. Miał wielką ochotę stąd wyjść. Szczególnie, że nie darzył bruneta żadnym pozytywnym uczuciem. Jednak to nie młody Gryfon wpłynął na to, co powiedział, a to, że nie chciał pokazywać żadnej słabości.
– Zostanę – oznajmił. Ojciec jedynie skinął głową.
– Skrzeczko, przynieś apteczkę, miskę z ciepłą wodą i kilka szmatek do przemycia chłopaka – głos zabrał Severus, zwracając się do skrzatki. Ta od razu deportowała się. Mężczyzna zwrócił się do swojego przyjaciela. – Skorzystam z twojego kominka. Wezmę od siebie potrzebne eliksiry.
– Proszek Fiuu jest w pudełeczku na gzymsie – oświadczył Lucjusz.
Snape machnięciem różdżki zapalił ogień w kominku, co sprawiło, że pokój był przy okazji jeszcze lepiej oświetlony. Dzięki temu postać leżąca na łóżku wyglądała jeszcze gorzej.
Podszedł do kominka, wyjął z pudełeczka garść proszku i wrzucił w ogień, wypowiadając swój adres. Wszedł do środka, płomień zabłysł zielonym światłem, aż w końcu mężczyzna zniknął.
Tę chwilę wybrała sobie skrzatka, by się aportować w pomieszczeniu z jeszcze innym skrzatem. Ona trzymała wielką miskę z parującą wodą oraz kilkoma szmatkami, za to jej towarzysz dźwigał niemałą walizkę. Postawili to przy łóżku, kłaniając się nisko, po czym zniknęli.
Lucjusz Malfoy nigdy nie spodziewałby się, że będzie pomagał temu sławnemu Harry’emu Potterowi. Nie sądził, że będzie kimś w rodzaju prywatnej pielęgniarki. Jednak sytuacja tego wymagała. Nie mogli zabrać chłopaka do Munga, gdyż to spowodowałoby wiele nieprzyjemnych pytań. Poza tym ludzie dowiedzieliby się o Mrocznym Znaku zdobiącym ramie bruneta.
Chociaż pochodził ze szlachetnej rodziny, wiedział, jak powinien się zachowywać w stosunku do tego chłopaka, by pomóc mu dojść do siebie. Ku jego zdziwieniu, Draco – pomimo początkowego osłabienia – teraz również sprawował się dobrze, wypełniając polecenia starszych. Ani razu nie wspomniał o tym, że jako osoba z wyższych sfer nie będzie się zniżać do poziomu prywatnej pielęgniarki.
Mężczyzna już od jakiegoś czasu zauważał zmiany zachodzące u jego syna. Nie były one jakieś wielkie, czy dobrze widoczne dla każdego. Tylko wprawne oko osoby, która dobrze go zna, mogło to dostrzec. Choćby to, ze nie wypowiadał się już z takim szacunkiem o Czarnym Panie – zresztą tak jak i sam Lucjusz. Oboje woleli unikać tego tematu. Nie wyciągał też tak często tematów mugoli czy szlam. Wcześniej mógł się rozwodzić godzinami na temat tego, że takie istoty nie powinny istnieć. Teraz jego wypowiedzi były raczej neutralne, chociaż ciągle nie był nastawiony do nich pozytywnie.
Chociaż jego syn nie rozmawiał z nim na temat przyłączenia do Czarnego Pana z tego, co widział po jego zachowaniu oraz z tego, co powiedział mu Severus, wiedział, że zrobił to raczej niechętnie – z przymusu. Zanim dostał wezwanie przed Jego oblicze nie wypowiadał się już tak negatywnie na temat przeciwników Voldemorta. Nawet na Złotego Chłopca nie latało już tyle epitetów, co niegdyś.
Zamierzał porozmawiać z Draco na temat tego by postąpił tak jak on i został szpiegiem Zakonu Feniksa. A jeśli nie szpiegiem, to chociaż by stanął po stronie tych dobrych. Zrobiłby to, gdyby nie wydarzenia z Potterem.
Przez pół nocy w ciszy, przerywanej jedynie krótkimi poleceniami, zajmowali się nieprzytomnym chłopakiem. Nikt nie zwracał uwagi na to, że następnego dnia Draco ma być o jedenastej na stacji Kings Cross. Że Severus musiał przygotować się do rozpoczęcia roku szkolnego.
Polewali poszczególne rany eliksirami, przemywali je, wcierali maści, wlewali do gardła przeróżne roztwory. W końcu uznając, że nic więcej nie są w stanie zrobić, po godzinie trzeciej rozeszli się do siebie, przykrywając wcześniej chłopaka. W końcu. Draco do pokoju obok – gdyż jego sypialnia była dokładnie za ścianą, Lucjusz do swojej, dwa piętra niżej, a Severus, zbyt zmęczony na cokolwiek, skorzystał z jednej dla gości.
Pomimo zmęczenia, młody Malfoy nie mógł nie wykonać wieczornych czynności, które zawsze robił przed snem. Można by pomyśleć, że teraz, po tak ciężkim dniu, padnie jak zabity. Jednak dopiero wtedy, gdy jego głowa znalazła się na miękkiej, zielonej poduszce, uświadomił sobie na trzeźwo wszystko, co się stało.
Nie mógł zasnąć. Myślał o Potterze. O tym, czemu przyłączył się do Czarnego Pana. Jego ojciec zapewnił go, że rano nie wypuszczą Złotego Chłopca bez zamienienia z nim kilku słów. Z tym jednak trzeba poczekać kilka godzin.
Myślał o tym, co teraz stanie się z nim samym. Z Draco. Jaka będzie jego rola? Co będzie musiał robić?
Myślał o tym, że zabił. Nigdy wcześniej nie myślał o tym, jak to jest – zabić. Kiedyś chciał należeć do sług Czarnego Pana. Rzucanie Zaklęcia Uśmiercającego wydawało się czymś zwyczajnym. Po prostu – mniej szlam i mugolaków. Ale teraz… Brzydził się siebie. Nie wierzył, jak mógł pozbawić życia dziecko. Brzydził się tego, że o tym zapomniał na te kilka godzin – chociaż to tylko ze względu na to, że tyle się zdarzyło. Ale i tak. Zabił. Powinien zawsze o tym pamiętać. O tym, że odebrał komuś życie.
Przewracał się z boku na bok, nie mogąc zmienić kierunku myśli od tej biednej dziewczynki, która stała się jego pierwszą ofiarą. Nie mógł znaleźć wygodnego miejsca.
Nagle usłyszał krzyk z sypialni obok. Sypialni, w której znajdował się Potter.
Witam na moim blogu, na którym umieszczać będę moje opowiadania yaoi (menxmen). To będą moje pierwsze opowiadania o takiej tematyce. Będą tu nie tylko opowiadania wymyślone w całości przeze mnie, ale i fanfiction. Dzisiaj ukaże się pierwszy rozdział mojego opowiadania pt.: „Błysk zielonego światła”. Będzie to na podstawie serii o Harry’m Potterze. Drarry.Napisane właśnie teraz, niebetowane.seria: Harry Potter
„Oczy koloru Avady”
01
Ostatnie dni nie były najlepsze dla Mistrza Eliksirów. A dzisiejszy wcale nie zapowiadał się lepiej. Nie zapowiadał się lepiej? Co za niedopowiedzenie. Od dzisiaj wszystko miało być jeszcze gorzej.
Czując ból w ramieniu, w miejscu, gdzie miał wytatuowany Mroczny Znak, wiedział, że nadszedł czas. Został wezwany przed oblicze Czarnego Pana razem z innymi Śmierciożercami. Właśnie tego się obawiał.
Dzisiejszego dnia miała odbyć się inicjacja nowych sług Czarnego Pana. Kilkoro nowych osób dołączy w Jego szeregi, by siać zamęt w Jego imieniu. Kolejne osoby z którymi przyjdzie im walczyć, gdy na końcu, w ostatecznej bitwie, przyzna się, po której tak naprawdę stoi stronie. Najgorsze jednak było to, że nie wszyscy byli tam z własnej woli. Na przykład jego chrześniak, Draco Malfoy.
Minęło tylko kilka miesięcy od czasu, gdy Lucjusz odwiedził Dumbledore’a w jego gabinecie, oferując swoją pomoc w walce z Voldemortem. Zmienił strony, stając się kolejnym szpiegiem Zakonu Feniksa. Nie wiadomo jednak, czy Czarny Pan coś podejrzewał, czy po prostu taka była jego zachcianka, ale oświadczył, że chce, by jego syn wziął udział w najbliższej inicjacji.
Lucjusz nie mógł się sprzeciwić swemu Panu. Przecież zawsze był dumny z tego, że mu służył. Jeszcze te kilka miesięcy wcześniej, zanim zmienił strony, chciał, by Draco stał się jednym z ludzi Voldemorta. Teraz jednak obawiał się o jego życie. Chłopak był za młody, by zostać szpiegiem. Jak i za młody na zabijanie, torturowanie, a być może, gdy wszystko potoczyłoby się źle, przebywanie w Azkabanie.
Sam nastolatek nie wiedział dokładnie, co się dzieje. Nie wiedział o tym, co zrobił jego ojciec, chociaż wiedział, że nie podziela już aż tak bardzo idei swojego Pana. W oczekiwaniu na zbliżający się początek roku szkolnego otrzymał informację o stawieniu się na spotkaniu Śmierciożerców oraz przygotowaniu się na inicjację.
Był szczerze zdziwiony. Wiedział, że Voldemort nie przyjmował w swoje szeregi dzieciaków, które nie ukończyły jeszcze szkoły, ze względu na to, że mogły zostać nakryte. A tu coś takiego.
Chociaż jeszcze niedawno byłby wniebowzięty, teraz się bał. Zawsze był pewny siebie, chyba każdy znał jego zdanie odnośnie nieczystokrwistych, szlam i mugoli. Jednak myśl, że takowych miał zabijać czy torturować, napawała go przerażeniem.
Ze swoich obaw nie zwierzał się jednak ojcu, a swojemu wujkowi, Severusowi Snape’owi. Nigdy nie czuł się jakoś specjalnie blisko z ojcem, panowały między nimi raczej chłodne relacje. To tym bardziej nie zachęcało go do zwierzeń. Za to Severus podzielał jego obawy. Chociaż tego po sobie nie pokazywał, martwił się o chrześniaka. Stał bezczynnie, nie mogąc nic zrobić. Mimo iż w tej chwili miał dużo na głowie, od czasu otrzymania informacji, zawsze znalazł chwilę dla nastolatka.
Snape chwycił się za ramię, sycząc cicho z bólu. Zwrócił tym uwagę zebranych.
– Severusie? – zagadnął Dumbledore,patrząc na niego uważnie znad swoich okularów-połówek. W jego oczach nie było wesołych ogników, jak to zawsze miało miejsce. Nie było ich od ponad czterech tygodni, gdy to jego pupilek, Chłopiec, Który Przeżył, zniknął.
– Wzywa mnie – oznajmił, zabierając rękę, gdy ból zmalał. Wszyscy zebrani wpatrywali się teraz w niego z uwagą. Wiedzieli, co ma nastąpić tego dnia i niezbyt im się podobało to, że niewinny chłopak ma stać się Śmierciożercą.
Niewinny chłopak, tak, pomyślał Mistrz Eliksirów. Jednak na co dzień i tak jest dla nich tylko Malfoyem, zwykłym Ślizgonem.
Trwało właśnie spotkanie członków Zakonu Feniksa. Ostatnio miały one miejsce praktycznie codziennie,gdyż wszyscy wariowali w związku ze zniknięciem Złotego Chłopca. Mieli nadzieję, że w czasie tych spotkań może dojdą do czegoś, bądź ktoś dowiedział się czegoś nowego.
– Cóż… – Dumbledore wydawał się zmęczony. – Idź, i tak nikt z nas nic nie wie. Może tam się czegoś dowiesz?
Kiwnął głową, żegnając się z nimi, po czym wyszedł z budynku. Gdy znalazł się na zewnątrz rozejrzał się uważnie, czy nikt na niego nie patrzy, po czym aportował się w miejsce, gdzie przebywał teraz Czarny Pan.
Dom, pod którym się znalazł, nie wyglądał na siedzibę najstraszniejszego czarnoksiężnika wszechczasów. Był to zwykły domek w jakiejś wiosce niedaleko Londynu. Miał nawet całkiem duży ogród, który prawdopodobnie wyglądał okazale, gdy mugole, którzy tam niegdyś mieszkali, mieli możliwość się nim zająć.
Wyjął z torby, którą miał ze sobą, pelerynę i założył ją, narzucając na głowę kaptur, po czym wszedł do środka.
Wnętrze zupełnie nie przypominało tego, co widać było na zewnątrz. Tu panowały ciemne kolory, a jedyne światło pochodziło ze znajdujących się na ścianach pochodni.
Mistrz Eliksirów ruszył w stronę miejsca, gdzie powinien znajdować się salon. Za sobą usłyszał odgłos otwieranych drzwi, co znaczyło, że przybywa nowa osoba.
Miał rację, w salonie byli już wszyscy zebrani, a kolejni właśnie tutaj się schodzili.
Pomieszczenie również utrzymywane było w ciemnych kolorach, tutaj jednak, o dziwo, źródłem światła był wielki żyrandol wiszący na środku sufitu. Przy ścianie naprzeciw wejścia stał duży, wygodny fotel, w którym siedział wygodnie Lord Voldemort. Z wyrazu jego twarzy nic niedało się odczytać. Wydawał się jednak zamyślony, wpatrując się gdzieś w przestrzeń.
Przed min, w półkolu, stali Śmierciożercy. Czasami pomiędzy nimi były większe przestrzenie, czekające na tych, którzy jeszcze nie zdążyli przybyć. Okrążali oni swego Pana szerokim łukiem. A w półkolu stało pięć osób. Jako jedyni nie mieli odpowiednich szat, były to zwykłe, mugolskie ubrania. Wśród nich Mistrz Eliksirów od razu rozpoznał swego siostrzeńca. Wydawał się przestraszony, zagubiony, zupełnie jak reszta. A przynajmniej ta, którą widać, bo jeden z ten piątki miał na sobie bluzę z kapturem, zakrywającą mu twarz. Zupełnie jak Śmierciożercom.
Snape stanął na swoim miejscu,czekając, aż wszyscy się zbiorą, a Czarny Pan przemówi. Wpatrywał się ciągle w grupkę pięciu osób, a szczególnie Draco. Interesował go też zakapturzony osobnik. Voldemort zawsze chciał, by kandydaci na Śmierciożerców byli widziani przez wszystkich, by każdy znał ich tożsamość. Tutaj jednak nie przejmował się tym.
Poza tym nie lubił, gdy ktoś się ukrywał. Chyba że miał na sobie szatę Śmierciożerców.
Z tego co zauważył, reszta popleczników Czarnego Pana również była nim zaintrygowana, szeptała bowiem między sobą.
Śmierciożercy zbierali się bardzo szybko. Nic dziwnego, nikt nie chciał narażać się swemu Panu. Więc już po kilku minutach od przybycia Snape’a wszystkie luki zostały zapełnione. Gdy tylko ostatnia osoba dołączyła do półkola, dopiero wtedy Lord Voldemort zwrócił uwagę na zebranych.
– Cieszę się, że zechcieliście tak szybko się pojawić – oznajmił niskim głosem, który przypominał syk węża. – Jak niektórzy z was dobrze wiedzą, a reszta zapewne zdołała się domyślić, dziś powitamy w naszych szeregach nowe osoby – jego wzrok spoczął na piątce stojącej na środku. Następne słowa skierowane były do nich. – Mam nadzieję że wiecie, komu chcecie służyć i znacie tego konsekwencje. Oczekuję od was bezwzględnego posłuszeństwa. Gdy zdecyduję się was przyjąć do grona swoich ludzi staniecie się moją własnością. Rozumiecie, prawda?
Nie oczekiwał odpowiedzi na to pytanie.
– Nott! Shackelbot! Wprowadzić ich! – rozkazał, podnosząc głos.
Wymienieni Śmierciożercy wyszli z pokoju, po chwili wracając do niego, wprowadzając do niego przestraszoną rodzinę. Kobieta z mężczyzną i trójką małych dzieci. Chłopczykiem, najwyżej siedmioletnim, tulącym swoją, może czteroletnią siostrę. Oboje płakali. Kobieta trzymała w rękach niemowlę.
– Proszę, zostawcie nas… – szlochała, popychana do przodu przez jedną z zakapturzonych postaci.
– Nie róbcie nic naszym dzieciom– błagał mężczyzna.
Piątka stanęła na środku, przy kandydatach na Śmierciożerców. Czwórka wpatrywała się w rodzinę, tylko zakapturzona postać ciągle skierowana była w stronę Voldemorta.
– To jest rodzina mugoli, która mieszkała w tym domu – oznajmił Czarny Pan. – Zajmują nam jednak teraz miejsce. Pozbądźcie się ich. Każdy po jednym. Zobaczymy, czy jesteście w stanie użyć Zaklęcia Uśmiercającego.
Rodzina zaczęła płakać, ze strachu nie byli w stanie ruszyć się z miejsca. Zresztą wiedzieli, że to nic nie da. Przytulili się do siebie, a rodzice błagali, by oszczędzić chociaż ich dzieci.
Niezakapturzeni za to spojrzeli po sobie. Żaden z nich jeszcze nigdy nikogo nie zabił, nie mówiąc już o użyciu tego zaklęcia, do którego działania nie wystarczy jedynie wyklepanie formułki.
– Avada Kedavra – zebrani usłyszeli cichy, lekko zachrypnięty głos, tak różny od krzyków i szlochów mugoli. Zobaczyli zakapturzoną postać z wyciągniętą różdżką skierowaną w stronę tej rodziny. Wcześniej zauważyli zielony promień godzący niemowlę, które przestało wydawać z siebie jakiekolwiek odgłosy. Nie poruszyło się więcej.
– Nieeee! – krzyczała kobieta, tuląc mocno do piersi ciało dziecka.
Śmierciożercy nie zwracali jednak na to uwagi. Do krzyków ofiar byli już przyzwyczajeni. Zazwyczaj kandydaci, jak i początkowi Śmierciożercy, unikali zabijania kobiet, a już szczególnie dzieci. Jeśli już mieli coś zrobić, to brali się za mężczyzn. Przynajmniej do czasu, aż nie opuściły ich resztki sumienia.
Jeszcze nikt z nich nie widział by ktokolwiek od razu brał się za niemowlę.
Spojrzeli na swojego Pana, na którego twarzy zakwitł szyderczy uśmiech.
– Radzę wam też zająć się resztą– powiedział. Mimo hałasu robionego przez pozostałą czwórkę jego słowa były bardzo dobrze słyszane.
Kobieta padła na kolana, wyjąc w głos. Mężczyzna uklęknął koło niej, tuląc ją. Obok nich chłopiec przytulał siostrę, jakby chciał ją bronić.
Kandydaci na Śmierciożerców otrząsnęli się z szoku. Każdy wybrał sobie po jednej osobie, Malfoyowi przypadła dziewczynka. Zakapturzona postać stała z boku, przyglądając się ich poczynaniom.
Nikomu z nich Zaklęcie Uśmiercające nie udało się za pierwszym razem. Za to każda próba powodowała bólu ofiar. Nie taki jak zaklęcie Cruciatusa,nie należał jednak również do łagodnych.
Pierwszy, po drugiej próbie, ojca rodziny zabił jakiś mężczyzna. Wybrał najłatwiejszą ofiarę, po której najmniej męczy sumienie. Pomijając to, że miał ją zamordować.
Zakapturzona postać przyglądała się reszcie. Jej wzrok w końcu spoczął na młodym Malfoyu, który powoli zaczął się denerwować. Najprawdopodobniej myślał, że wszystko polegało jedynie na wypowiedzeniu inkantacji zaklęcia.
Wiedział, albo raczej przeczuwał, co się stanie z tymi, którym się to nie uda. Korzystając więc z tego, że stoi blisko nastolatka, powiedział cicho:
– Nie myśl tylko o zaklęciu. Pomyśl o tym, że chcesz zabić tę osobę. Musisz chcieć tego z całego serca. Że chcesz, by była już trupem. I nic innego niech cię nie obchodzi.
Blondyn spojrzał zdezorientowany na osobę w bluzie. Głos, pomimo lekkiej chrypki i znacznego ściszenia wydawał mu się trochę znajomy.
Odwrócił się za siebie. Voldemort przyglądał się im uważnie. Im. Jemu i temu Nieznajomemu. Przełknął ślinę, po czym ponownie skierował się w stronę dziewczynki. Spróbował dostosować się do jego wskazówki.
Nie wiedział jednak, jak ma to zrobić. Nie chciał, by taka mała dziewczynka była martwa. Nie wiedział, jak ma chcieć jej śmierci. Nawet pomimo tego, że była mugolką.
Zacisnął oczy, skupiając się.
– Avada Kedavra! – wykrzyknął, a z jego różdżki w końcu uwolnił się zielony promień, godząc dziewczynkę prosto w klatkę piersiową. Jej usta zamarły, jakby w krzyku, mimo iż nie wydobył się z nich już żaden odgłos. Osunęłaby się na ziemię gdyby nie to, że ciasno spoczywała w ramionach brata.
Malfoy cofnął się kilka kroków, przerażony tym, co właśnie zrobił. Popatrzył przerażony na swoją różdżkę.
Nikt nie był w stanie zauważyć, że ironiczny uśmieszek Voldemorta jeszcze odrobinę się poszerzył.
Mężczyzna poczekał jeszcze minutę. W końcu, gdy tylko jedna osoba nie była w stanie rzucić Zaklęcia Uśmiercającego na swoją ofiarę, którą był przerażony chłopiec, zirytował się. Sam podniósł różdżkę, zabijając mężczyznę.
– Nie będę czekał wieczność – warknął. Popatrzył na pozostałą czwórkę. – Pokażcie mi teraz, jak bardzo chcecie należeć do mnie. Nie będę przyjmował do swego grona wszystkich, jedynie wybranych. Żadnych szumowin.
Trójka niezakapturzonych popatrzyła na siebie, nie wiedząc, co robić. Nie było żadnego określonego rozkazu. Za to zakapturzona postać nie wahała się ani chwilę.
– Avada Kedavra – powiedziała drugi raz tego dnia, kierując różdżką w stronę mężczyzny, który wcześniej zabił matkę rodziny. Ugodził go zielony promień, po czym osunął się bezwładnie na ziemię.
Voldemort ponownie się uśmiechnął widząc poczynania tej postaci. Nie był to jednak przyjemny uśmiech. Bardziej taki, od którego przechodziły ciarki po plecach. I kilku Śmierciożercom rzeczywiście przeszły.
Pozostała dwójka zauważyła, co musi zrobić. Skierowali na siebie różdżki, przyglądając się uważnie przeciwnikowi. Żaden z nich nie chciał być tym pokonanym.
Zaczęli krążyć wokół siebie,gotowi do zrobienia uniku. Trwało to dłuższą chwilę, przerywszy wyłamał się z tego mężczyzna.
– Avada Kedavra! – wykrzyknął, celując w nastolatka.
Blondyn w ostatniej chwili zrobił unik, a zaklęcie ugodziło w ścianę za nim. Posypał się tynk. W oczach chłopaka widniało przerażenie.
– Avada Kedavra! – powtórzył mężczyzna, jednak znowu nie trafił Malfoya. Nie zauważył jednak tego, że za Draco stał Voldemort. Zaklęcie poleciało wprost na czarnoksiężnika. W ostatniej jednak chwili stanęła przed nim zakapturzona postać, wyciągając różdżkę i również wypowiadając formułkę tego Zaklęcia Niewybaczalnego.
Promienie trafiły w siebie kilka centymetrów przed różdżką zakapturzonego. Była to walka na siłę w nie włożoną, miał wygrać mocniejszy czar. Oba rozbłysły mocniejszą zielenią, po czym promień mężczyzny znikł, za to sam został trafiony drugim.
Blondwłosy nastolatek spojrzał przerażony w miejsce, gdzie padło bezwładne ciało tego mężczyzny.
– Dziękuję ci, mój drogi – powiedział Voldemort z wielkim, nieprzyjemnym uśmiechem na ustach. Położył swoją dłoń na ramię zakapturzonej osoby. Zwrócił się do wciąż przerażonego blondyna. – Uznajmy, że zaliczyłeś. W końcu żyjesz – wzruszył ramionami i powrócił na swoje miejsce na fotelu przy ścianie.
Teraz nikt nie zwracał uwagi na bezwładne ciała, czy też skulonego na podłodze chłopca, cicho płaczącego. Oczy wszystkich skupione były ponownie na Voldemorcie.
– Zostajecie przyjęci do mojego grona. Oboje wiecie co się z tym wiąże, oraz jakie są wasze obowiązki. Podejdźcie i uklęknijcie, odkryjcie też wasze ramię, bym mógł was oznaczyć.
Oboje ruszyli w stronę fotela. Można teraz było zauważyć, że Malfoy i zakapturzona postać byli mniej więcej tego samego wzrostu. Co najwyżej blondyn miał kilka centymetrów więcej.
Uklęknęli przed fotelem.
Draco miał zwykły T-shirt,dlatego nie musiał męczyć się z rękawem. W przeciwieństwie do drugiego. Ten podciągnął rękaw najwyżej jak mógł, eksponując swoje chude ramię. Nastolatek zauważył na nim liczne razy, zadrapania i siniaki. Czarny Pan jednak nie zwracał na to uwagi.
Pochylił się, przykładając różdżkę do ramienia Malfoya. Ten od razu zaczął krzyczeć z bólu, czując się, jakby ktoś przyłożył mu do ręki rozżarzone żelazo. Najpierw jeden mały punkcik, lecz ból rozchodził się w miarę, jak rozrastał się tatuaż.
Czegoś tak potwornego jeszcze chyba nigdy nie czuł. Niezmiernie mu ulżyło, gdy czarodziej zabrał swoją różdżkę, a ten ledwo utrzymał się w pionie.
– Przyjmuję cię w moje szeregi. Od dziś jesteś jednym ze Śmierciożerców, Draco Malfoyu.
Po tych słowach skierował się do drugiej osoby. Na jego twarzy ponownie znalazł się ten okropny uśmieszek, pełny niezrozumiałej innym pewności siebie, samozadowolenia, ironii. Nikt nie wiedział, czemu jego oblicze tak nagle się zmieniło.
Przyłożył różdżkę do ramienia zakapturzonej postaci. Ta wydawała się wytrzymywać się kilka sekund, po czym również zaczęła krzyczeć z bólu.
Na jego ramieniu rozrastał się powoli Mroczny Znak.
Voldemort zabrał różdżkę, patrząc, jak osoba przed nim ledwo trzyma się w pozycji klęczącej. Spojrzał na Znak z zadowoleniem. Jego uśmiech jeszcze się poszerzył, gdy mówił:
– Przyjmuję cię w moje szeregi. Od dziś jesteś jednym ze Śmierciożerców, Harry Potterze.
W pomieszczeniu zaległa cisza.
Zapraszam do komentowania (również przez e-mail) na nowym blogu.
Tutaj wyłączam możliwość komentowania.
Dziękuję.